Media obiegła informacja, że decyzją władz wydziału uczelni został pan odsunięty od zajęć ze studentami. Powodem miało być nieprzeprowadzenie przez pana egzaminu przedterminowego i rzekome zachowania wobec studentów, które ocenione miały zostać jako niewłaściwe. Jak odniesienie się pan do tych zarzutów?
Tego typu próby są absurdalne. Na czym to moje zachowanie miało polegać? Nie było w moim zachowaniu niczego, co mogłoby prowadzić do takich wniosków. Uważam, że decyzja o odsunięciu mnie jest skandaliczna i bezpodstawna, zaś sprawa ta jest tak naprawdę bardzo prosta. Sytuacja, o której rozmawiamy miała miejsce trzy tygodnie temu, kiedy wracałem ze szpitala z Berlina na wykład i wcześniejsze zaliczenie części materiału, które nie jest egzaminem, a wykładowca organizuje je z własnej woli. Otrzymałem informację, że jeden ze studentów trzeciego roku zamieścił w internecie wpis o tym, że jedyną drogą do zdania egzaminu przez kobiety jest „przespanie się” ze mną. Nie dociekałem, kto konkretnie to napisał. Ale to są kompletne bzdury. Poszedłem na wykład. Próbowałem rozmawiać ze studentami i uświadomić im, że o ile o mnie mogą mówić i pisać co chcą, o tyle taka wypowiedź obraża tysiące kobiet, również te siedzące na sali. Poinformowałem ich, że powinni „odciąć się” od takich wypowiedzi. Jeżeli tego nie chcą uczynić nie widzę możliwości, abym kolejnego dnia przeprowadził zaliczanie części przedmiotu. To nie był żaden egzamin, ten był zaplanowany na koniec czerwca. Ostatecznie nikt oprócz mnie się na nim nie pojawił. Później dowiedziałem się, że studenci napisali pismo do dziekana, a moje zajęcia przejął ktoś inny