Autor niniejszego tekstu był w czasach PRL wychowywany w kulcie zachodniej demokracji. Jedną z jej cech miała być odpowiedzialność polityka za swój resort.
Składnikiem owego kultu była opowieść o tym, jak w pewnym walijskim górniczym miasteczku hałda węgla runęła na szkołę. Zginęły dzieci. Minister edukacji Wielkiej Brytanii podał się do dymisji, choć nie mógł doglądać każdego szkolnego budynku. Stawiano to jako wzór bezlitosnych reguł tak zwanej politycznej odpowiedzialności, choćby za błędy i zaniechania podwładnych.
Od tego czasu (historia pochodzi z lat 70.) także w takich krajach jak Wielka Brytania poprzeczkę opuszczono. Czy dlatego, że generalnie wygrywa filozofia słodkiej nieodpowiedzialności? Czy również dlatego, że świat staje się coraz bardziej skomplikowany, więc kontrola władzy politycznej nad nim jest coraz bardziej iluzoryczna?
Ciężka robota
Naturalnie historia z niezasuniętym dachem i niewchłaniającą wody murawą Narodowego Stadionu nie była takim kataklizmem jak ów wypadek ze szkołą. Ale nie była też, jak twierdził były minister Mirosław Drzewiecki, wciąż karnie broniący swojej partii, przypadkiem podobnym do odwołania teatralnego spektaklu, za który nie usuwa się przecież ministra kultury. To wielka transmitowana przez telewizję impreza, na którą przyjeżdża do stolicy wiele tysięcy osób. Jej zniweczenie to kompromitacja naszego kraju.
Skonstruowano z walnym udziałem premiera Donalda Tuska wersję, według której głównym odpowiedzialnym jest autonomiczny wobec państwa PZPN, gospodarz zaś stadionu, podległy pani minister, zgrzeszył najwyżej niedostateczną asertywnością. Prawda? Nieprawda? Raczej szum informacyjny, który wymagałby gruntownego śledztwa. Kto w dzisiejszym śpieszącym się świecie ma na takie śledztwa czas? Pytania technologiczne, na przykład o możliwość sprawniejszego odwadniania stadionowej murawy, giną w gąszczu szczegółów. W odwodzie jest kolejna argumentacja. Nawet gdyby urzędnicy podlegli szefowej resortu popełnili błędy, czy może ona ogarnąć wszystko?