Z liczącej ponad 650 stron książki, a właściwie monitoringu trwającego od 82 lat reality show, wyłania się niejednoznaczny portret nieprzewidywalnego artysty-kameleona, który wykreował się na enigmę, czym pobudzał nieustanne zainteresowanie i wywoływał zaskoczenie. Ale irytację, oburzenie i zawód też.
Szedł pod prąd niczym osoba dwubiegunowa. Kreował nowe wcielenia, niezależne oblicze muzyki, wbrew buczącej na niego publiczności, nie tylko gdy zmienił gitarę akustyczną na elektryczną. Faktycznym „Judaszem” stał się, sprzedając hymny pokolenia do reklam oraz prawa do piosenek i albumów. A może, jak na muzycznego Jokera przystało, wygrał w fonograficzną ruletkę 600 mln dolarów i śmieje nam się nos.
Czytaj więcej
Legendarny bard wydał nową, autorską wersję „Time Out Of Mind”, zaś włoski Måneskin z pomocą amer...
Śladami beatników
Zawsze uwielbiał gry słowne, wyobraźni, maskarady, które rozmówców i bliskich wprowadzały w stan totalnej dezorientacji. Pochodząc z żydowskiej rodziny o korzeniach w Europie Wschodniej, zrobił wiele, by zaistnieć jako klasyczny amerykański folkowiec-włóczęga, na co składał się nieprzyjemny zapaszek, a nawet oddech skunksa. Ku zaskoczeniu rodziców mówił w wywiadach, że jest sierotą i wychował się w wędrownej trupie. Gdy „Newsweek” obnażył kłamstwa – na prywatne tematy milczał. Zrobiło się jeszcze ciekawiej.
Sounes wspomina o jednym z nowojorskich lekarzy żydowskiego pochodzenia, który drogę folkowca wybrał pierwszy, a Dylan wielokrotnie kradł cudze pomysły – na szczęście innowacyjnie, zaczynając jeszcze na studiach od przywłaszczenia zestawu płyt z folkowymi pieśniami zebranymi przez etnografów. Korzystał z nich nawet po latach m. in. na rewelacyjnym „Time Out Of Mind” (1997). Nie raz był ścigany za kradzież przez przyjaciół, a nawet policję. W mowie noblowskiej powoływał się na podobieństwo z Szekspirem, który też „uszlachetniał” cudze pomysły i pisał na scenę. Wśród inspiracji trzeba wymienić Biblię i Dylana Thomasa – także w pseudonimie artysty urodzonego jako Roberta Zimmerman.