Ci, na których ktoś czeka tuż za granicznym szlabanem po polskiej stronie, przechodzą pieszo. Spieszą się, by jak najszybciej spotkać rodzinę czy przyjaciół, wsiąść do ciepłego auta i wreszcie odtajać z zimna i strachu. Dzieci w wózkach często płaczą, te kilkuletnie maszerują samodzielnie z plecaczkami, są zmęczone, ale uśmiechnięte.
Co chwila sceny, których nie powstydziliby się scenarzyści z Hollywood: najpierw uśmiech, potem gorączkowe machanie ręką, okrzyki, krótki bieg i rzucenie się w ramiona, czasem łzy. Dołhobyczów w woj. lubelskim to niewielkie przejście graniczne niedaleko Hrubieszowa. Nikt w miasteczku ani wśród pograniczników nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie przypominać rojny plac targowy.
1000 km od domu
Jeszcze rano w środę na przejście z ukraińskiej strony trzeba było czekać parę godzin. A o 14? – Zero – z dumą mówi komendant placówki ppłk SG Mariusz Kuczyński. – Rozładowaliśmy wreszcie korki – wyjaśnia. Organizacja jest rzeczywiście sprawna: tych, na których nikt nie czeka, wozy strażackie odwożą do punktów recepcyjnych. Straż pomaga nosić pakunki, pomaga osobom starszym, kobietom z małymi dziećmi.
Czytaj więcej
Rosjanie nacierają na największe miasta kraju i próbują okrążyć stolicę. Podczas inwazji zginęło...
Swietłana siedzi już w samochodzie i czeka, by reszta z niewielkiej prywatnie zorganizowanej kolumny trzech aut się zapełniła. Jedzie do hotelu w Badowie, który ma przyjąć kilkanaście osób. – Podajcie koniecznie wasze imiona i nazwiska – mówi do warszawiaków krzątających się przy autach. – Nie chcę was stracić z oczu. Bo kiedyś ja i synowie chcemy wam przygotować specjalne podziękowania na piśmie – mówi. Za nią przebyte w ciągu trzech dni 1000 km.