W ubiegłym tygodniu na łamach „Rzeczpospolitej" redaktor Wojciech Tumidalski zaapelował o dekryminalizację zniesławienia, a więc – innymi słowy – o rezygnację z uznawania zniesławienia za czyn zabroniony sankcjonowany karnie. W swoim wywodzie stwierdził, że nadszedł już najwyższy czas, by procesy o zniesławienie rozstrzygane były wyłącznie przez sądy cywilne. Za taką zmianą przemawiać mają, zdaniem red. Tumidalskiego, dwa argumenty. Po pierwsze, zniesławienie w kodeksie karnym jest reliktem przeszłości, a jako taki powinno zostać niezwłocznie wykreślone. Po drugie, sama możliwość oskarżenia kogoś o zniesławienie może skutkować tzw. efektem mrożącym. Efekt ów przejawia się obawą przed zabraniem głosu w przestrzeni publicznej, ze względu właśnie na grożącą sankcję karną. Wiąże się z tym przekonanie, że ochrona wolności słowa powinna zyskać pierwszeństwo względem ochrony innych dóbr, m.in. dobrego imienia. Przywołane argumenty mnie nie przekonują, dlatego za zasadne uznałem podjęcie z nimi polemiki. Najpierw chciałbym jednak uczynić jedno zastrzeżenie. Poniższa polemika, w odróżnieniu od tekstu red. Tumidalskiego, nie jest pisana w kontekście konkretnego wyroku sądowego.