25 lipca Senat odrzucił wniosek o rozpisanie w stulecie niepodległości referendum poruszającego różne zagadnienia konstytucyjne. Odkąd w maju 2017 r. prezydent Andrzej Duda zaproponował to referendum, po stronie opozycyjnej dominowały prześmiewcze komentarze, a po stronie koalicyjnej – uniki. Osoba, która popierała referendum, mogła liczyć na uśmiech politowania oraz próby uciszania, a nie na poważne traktowanie i zrozumienie.
Referendalna alergia – zarówno opozycji, jak i koalicji – bywa często komentowana jako niezbity dowód na głupotę tego pomysłu: stronniczość pytań oraz widmo niskiej frekwencji miały świadczyć o porażce PR-owego triku Dudy, chcącego dzięki referendum pokazać się jako niezależny od Jarosława Kaczyńskiego mąż stanu. Stawiam jednak tezę, że cała ta opozycyjno-koalicyjna niechęć wobec pomysłu referendum leży głębiej. Fakt, że opozycja i koalicja razem miotają się między najróżniejszymi, czasem nawet sprzecznymi argumentami przeciw referendum, pokazuje, że tak naprawdę w obu środowiskach ujawnia się paniczny, atawistyczny wręcz lęk przed demokracją bezpośrednią rozumianą na sposób szwajcarski: demokracją, w której każdy obywatel na podstawie swojego spojrzenia, łączącego troskę o dobro indywidualne z troską o dobro wspólne, decyduje o konkretnych sprawach. Ten lęk jest tym bardziej widoczny, że krytyczne słowa nie dotyczyły jedynie samego prezydenta Dudy. Miewały one wydźwięk jawnie antypartycypacyjny, jak np. „obywatel powinien jedynie zatwierdzać gotową konstytucję”.