Mało która zapowiedź z trwającej już na 100 proc. kampanii wyborczej wzbudziła takie emocje, jak propozycja Donalda Tuska, by wprowadzić czterodniowy tydzień pracy (choć zaznaczył, że chodzi na razie o pilotaż). PiS i wspierający go ekosystem medialny popełnili poważny błąd, ostro tę obietnicę krytykując, bo dzięki temu tylko nagłośnili ten koncept, który w efekcie dotarł do znacznie szerszego grona odbiorców.
Ta obietnica przebiła się znacznie lepiej niż ta dotycząca inflacji. Zapowiedź, że inflacja skończy się wraz z rządami PiS, jest bowiem cokolwiek populistyczna. Oczywiście prezes NBP Adam Glapiński jest wdzięcznym obiektem ataków dla opozycji, stąd bicie w niego oraz w obóz rządzący i obwinianie ich o inflację może przyczynić się do erozji poparcia dla PiS. Nawet nie chodzi o to, że dotychczasowi wyborcy swój głos przerzucą na Platformę Obywatelską, co raczej o to, że nie pójdą na wybory. Słabością tej taktyki jest jednak istnienie krajów, w których inflacja jest wyższa niż w Polsce (na przykład w państwach bałtyckich), choć nie ma tam Kaczyńskiego, co pokazuje ograniczenie politycznego wykorzystywania tematu inflacji, choć bez wątpienia to sprawa, która dziś Polaków najmocniej zajmuje.