Prof. dr hab. Andrzej K. Koźmiński: Cała władza w ręce miliarderów

Skończy się w krajach Zachodu okres prosperity w zasięgu zwykłego człowieka. Jego interesy zostaną bezwzględnie podporządkowane interesom latyfundiów w chmurze. System to wymusi bez uciekania się do przemocy.

Publikacja: 03.04.2025 04:59

Prof. dr hab. Andrzej K. Koźmiński

Prof. dr hab. Andrzej K. Koźmiński

Patrząc na krąg ludzi władzy, który ukształtował się w Waszyngtonie po objęciu urzędu przez prezydenta Trumpa można odnieść wrażenie, że „rewolucja zdrowego rozsądku” polega na radykalnym umocnieniu się wpływów grupy nowych miliarderów, którzy swoje niepoliczalne fortuny zgromadzili, ulokowali i rozwijają w chmurze i w sieci. Były minister finansów Grecji, ekonomista i ekscentryk Yanis Varoufakis nazywa system ich władzy technofeudalizmem. To dziwaczne określenie wiele wyjaśnia.

Hipoteza zmiany systemowej pozwala lepiej zrozumieć logikę działania administracji Trumpa. Pochopne określanie jej bowiem jako „patologicznej” lub „zasadniczo błędnej” nic nie daje, skoro stan obecny ma szanse się utrwalić.

Technofeudalizm

Dzisiejsi technofeudałowie, podobnie jak niegdysiejsi obszarnicy, czerpią swoje przychody nie z zysku, ale z renty. Rentę opłacają konsumenci i przedsiębiorcy, którzy wykorzystują chmurowe posiadłości feudałów, czyli gigantyczne platformy cyfrowe, na których osadzone są miliardy aplikacji i funkcjonalności, od sterowania rakietami kosmicznymi i ciągami technologicznymi po zamawianie taksówek, pożywienia, kupno odzieży i korzystanie z rozrywek. Nie ma dla nich alternatywy.

Naliczanie opłat zależy więc od uznania właściciela. Co więcej, to właściciel może określać sposób i mechanizm wynagradzania swoich „poddanych” dzierżawców, zmuszając ich systemowo do wydajniejszej pracy za mniejsze wynagrodzenie. Właśnie w tej chwili Elon Musk przeprowadza taką operację w odniesieniu do milionów pracowników amerykańskiej administracji publicznej.

W stosunkowo krótkim czasie ostatnich kilkunastu lat i w sposób trudno zrozumiały dla szerszej opinii nastąpiła więc kolosalna migracja wartości. Źródłem wartości nie są już fizyczne innowacje produktowe czy procesowe ani nawet nie operacje finansowe, ale innowacje w chmurze i ich sprzężenia ze światem realnym. Głównym źródłem wartości np. samochodu nie są więc już fizyczne cechy blaszanego pudełka na kółkach, ale oprogramowanie, które nadaje mu określone walory użytkowe. Konsument – „poddany technomagnata” – nawet nie wie, skąd one pochodzą i ile za nie płaci. Nie ma zresztą żadnego wyboru. Nieuniknione są więc wydatki na powiększanie i „okopywanie” terytoriów kontrolowanych przez określone grupy, klany, rody możnowładców, kontrolujących narodowe mocarstwa.

Wartość powstaje w chmurze i do chmury wraca w postaci astronomicznych kwot, którymi dysponują „nowi miliarderzy” i które uzasadniają arogancję i pychę równą tej znanej z historii u Medyceuszów, Borghiów czy Radziwiłłów, chociaż bez cienia wyrafinowania. Zwykli milionerzy produkujący śrubki, a nawet komputery czy finansowe instrumenty pochodne muszą się po prostu podporządkować, bo nie są w stanie funkcjonować poza platformami w sieci i w chmurze.

Dzisiejsi możnowładcy przeznaczają część gigantycznych środków na rozbudowę i doskonalenie swoich platform i „ogradzanie” ich, czyli nadawanie im cech unikalnych, niepodlegających imitacji. Część idzie na takie przedsięwzięcia jak „wyścig w kosmosie” Bezosa i Muska, część na luksusową konsumpcję, która osiąga nieznane dotąd rozmiary i skalę. Imperia internetowe mają liczne grona swoich inżynierów, menedżerów i funkcjonariuszy, którzy także są i pozostaną w jeszcze większym stopniu odbiorcami luksusowej konsumpcji. Sektor luxury ma się dobrze i będzie się miał jeszcze lepiej.

Liderzy postępu

Wszystko wskazuje na to, że o podziale latyfundiów w chmurze zadecyduje opanowanie technologii sztucznej inteligencji. Na tej płaszczyźnie konkurują ze sobą tylko dwie superpotęgi: USA i Chiny. Ta konkurencja się zaostrza. Jak podaje prof. Kołodko, na 44 technologie uznawane za najbardziej istotne tylko siedem razy pozycję lidera zajmują USA, ale Chiny są na drugim miejscu. W 37 przypadkach Chiny zajmują pozycję lidera, a USA są na drugim miejscu w 32 technologiach.

Nie przyniosły rezultatu podejmowane przez administrację Bidena próby ograniczenia dostępu Chin do najnowszych technologii. Kiedy Chińczycy ogłosili swoją wersję AI największej mocy kilkakrotnie tańszą od amerykańskiej, akcje wielkiej czwórki technologicznej na giełdzie w Nowym Jorku odnotowały poważne spadki. I to jest najważniejsze podłoże konfliktu. Wzrasta napięcie. Tajwan to tylko pretekst.

Odwrócenie sojuszy

W lecie ubiegłego roku ukazał się specjalny raport na temat stanu sił zbrojnych przygotowany na potrzeby Kongresu. Wynika z niego, że armia USA nie jest w stanie prowadzić pełnowymiarowej wojny konwencjonalnej na dwóch teatrach, zwłaszcza w sytuacji szybkiej rozbudowy chińskich zdolności morskich. Konsekwencją jest konieczność jak najszybszego wygaszenia wojny w Ukrainie.

Prezydent Trump realizuje ten imperatyw w sposób logicznie uzasadniony, naciskając na słabszego uczestnika konfliktu, czyli na Ukrainę. W warunkach zagrożenia chińskiego sojusz USA z Rosją jest dla Trumpa „bezcenny”. Trudno się więc dziwić, że gotów jest za niego zapłacić daleko idącymi ustępstwami w Europie i zapewne nie tylko wschodniej. Prezydent Trump pragnie być może powtórzyć słynny manewr „odwrócenia sojuszy” dokonany przez Nixona i Kissingera w latach 70.

Niedawno dowództwo sił USA w Europie zawiadomiło, że nie będzie uczestniczyć w planowaniu manewrów na terenie Europy. Manewry to wielkie przedsięwzięcie logistyczne. Czym więc będzie się zajmować olbrzymia logistyka US Army w Europie, jak nie przygotowaniem „wyprowadzki”?

Niezależnie od jakichkolwiek wartościujących ocen politycznych czy etycznych, geopolitycznej strategii prezydenta Trumpa trudno jest zarzucić chaos czy brak logiki. Odpowiada ona interesom „nowych miliarderów” maksymalizujących swoje latyfundia i intensyfikujących ich eksploatację przez coraz to nowe rzesze uległych i szczęśliwych poddanych, korzystających z „dobrodziejstw nowoczesności”.

Poziom ryzyka związanego z polityką wobec Rosji jest jednak wysoki. Rosja jest ekonomicznie słabszym partnerem o wielkości gospodarki zaledwie jednego z 27 krajów UE (np. Holandii czy Włoch), ale dysponującym szeregiem poważnych atutów: największym zapewne na świecie arsenałem broni jądrowej, największym terytorium, olbrzymimi zasobami bogactw naturalnych (metali, nośników energii itp.), relatywnie sprawnie funkcjonującą gospodarką wojenną i całkowicie uległym zmilitaryzowanym społeczeństwem.

Rosja prowadzi na zupełnie innym niż USA poziomie archaiczną grę o terytoria i sfery wpływów. Trumpowi jest zupełnie obojętne, jakie sztandary będą zatknięte na takich czy innych kawałkach Ukrainy, jeżeli tylko Microsoft, Google et consortes znajdą tam miejsce. Za to Rosjanie gotowi są ginąć tysiącami.

Nie ma dziś realnych podstaw dla jakiegokolwiek konfliktu, czy nawet sprzeczności interesów między Rosją a USA. Z kolei spory terytorialne między Rosją a Chinami mają bogatą i ważką historię obejmującą liczne incydenty zbrojne, a nawet wojny. Jednak ostatnie lata to czas ścisłego sojuszu i współpracy technicznej, wojskowej, ekonomicznej i politycznej. Zaowocowała ona trwałymi związkami, których nie sposób zerwać (np. umowy o dostawy ropy i gazu specjalnie budowanymi rurociągami) i które trudno jest czymkolwiek zastąpić. To dzięki wsparciu Chin Rosja może tak długo prowadzić wojnę z Ukrainą. Znając wysokie kwalifikacje rosyjskiej dyplomacji, można więc podejrzewać, że przez długi czas Rosja będzie „lawirować” między dwoma potencjalnymi partnerami, próbując skutecznie maksymalizować swoje korzyści, między innymi w relacjach z Europą.

Zagrożenie dla Europy

Nie należy zapominać pamiętnego przemówienia Władimira Putina na konferencji w Monachium w 2007 r., kiedy wypowiedział on wojnę całemu Zachodowi, z USA i Europą. W następnym roku rozpoczął ją napaścią na Gruzję.

Coraz wyraźniejsza staje się ostatnio wrogość, a nawet agresja w relacjach USA z Europą, czego wyrazem było np. przemówienie wiceprezydenta J.D. Vance’a na tejże (paradoksalnie!) konferencji w Monachium, tyle że w 2025 r. Minęło tylko lub aż 18 lat. Ewentualna współpraca, czy nawet sojusz rosyjsko-amerykański może więc nie tylko pośrednio, ale i bezpośrednio zagrozić Europie.

O dziwo, rodzi się płaszczyzna ideologiczna, na której można oprzeć taką antyeuropejskość. W wypowiedziach wysokich przedstawicieli administracji Trumpa spotyka się coraz częściej takie negatywne określenia Europy, jak: „zmierzch cywilizacji”, „zepsucie”, „hedonizm”, „bezwolność” itp., itd. Można je było dostrzec przy narodzinach faszyzmu w Europie lat 20. ubiegłego wieku, wśród dawnych i współczesnych faszystów rosyjskich, czy u takich autorów jak Spengler, Iljin czy Dugin.

Wojna kulturowa przeciw Europie wydaje się więc nadciągać z obu stron. I nie jest to efekt zamierzony. Po prostu niewiedza, kompleksy, urazy i emocje wymykają się spod kontroli. To groźna perspektywa, bo słowa nierzadko rodzą czyny, chociażby w postaci wrogiej polityki celnej. Chcąc uniknąć tego zagrożenia, Europa musi zakomunikować reszcie świata swoją pozytywną tożsamość.

Logika polityki ekonomicznej Trumpa jest konsekwencją technofeudalizmu i wszechpotęgi elity w chmurze. Najpierw jednak równowaga sił musi być osiągnięta i do tego dąży Trump, zanim szala nie przechyli się na niekorzyść Ameryki. A to jest dziś realne zagrożenie i tak je postrzega prezydent Trump, jego ekipa i jego miliarderzy. Gra cłami i instrumentami pozataryfowymi (licencje, przepisy, standardy biznesu itp.) zmierza do podziału świata na dwa lenna w chmurze: amerykańskie i chińskie.

I tak powracamy do stanu zimnej wojny sprzed roku 1990 r. – konfrontacji dwóch bloków. Nowi miliarderzy po obu stronach nauczą się porozumiewać ze sobą i zachowywać względną równowagę. Skończy się w krajach Zachodu okres prosperity w zasięgu zwykłego człowieka. Jego interesy zostaną bezwzględnie i skutecznie podporządkowane interesom latyfundiów w chmurze. System to wymusi bez uciekania się do przemocy.

Rodzi się oczywiście pytanie, czy MAGA to adekwatny i produktywny sposób postrzegania rzeczywistości? Nie można mu jednak odmówić pewnej spójności i swoistej logiki, niezależnie od bardzo specyficznego stylu komunikacji.

CV

Prof. dr hab. Andrzej K. Koźmiński

jest ekonomistą i socjologiem, cenionym wykładowcą zarządzania oraz twórcą Akademii Leona Koźmińskiego.

Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Prima aprilis przez cały rok
Materiał Promocyjny
Rośnie znaczenie magazynów energii dla systemu energetycznego i bezpieczeństwa kraju
Opinie Ekonomiczne
Bogusław Chrabota: Czy „dzień W” utopi Trumpa?
Opinie Ekonomiczne
Adam Sanocki: Zielone lotnictwo potrzebuje wsparcia
Opinie Ekonomiczne
Mariusz Janik: Atomowa droga przez mękę
Materiał Partnera
Kroki praktycznego wdrożenia i operowania projektem OZE w wymiarze lokalnym
Opinie Ekonomiczne
Łukasz Bernatowicz, Marek Kowalski: Reforma bez dialogu...
Materiał Promocyjny
Jak znaleźć nieruchomość w Warszawie i czy warto inwestować?