Patrząc na krąg ludzi władzy, który ukształtował się w Waszyngtonie po objęciu urzędu przez prezydenta Trumpa można odnieść wrażenie, że „rewolucja zdrowego rozsądku” polega na radykalnym umocnieniu się wpływów grupy nowych miliarderów, którzy swoje niepoliczalne fortuny zgromadzili, ulokowali i rozwijają w chmurze i w sieci. Były minister finansów Grecji, ekonomista i ekscentryk Yanis Varoufakis nazywa system ich władzy technofeudalizmem. To dziwaczne określenie wiele wyjaśnia.
Hipoteza zmiany systemowej pozwala lepiej zrozumieć logikę działania administracji Trumpa. Pochopne określanie jej bowiem jako „patologicznej” lub „zasadniczo błędnej” nic nie daje, skoro stan obecny ma szanse się utrwalić.
Technofeudalizm
Dzisiejsi technofeudałowie, podobnie jak niegdysiejsi obszarnicy, czerpią swoje przychody nie z zysku, ale z renty. Rentę opłacają konsumenci i przedsiębiorcy, którzy wykorzystują chmurowe posiadłości feudałów, czyli gigantyczne platformy cyfrowe, na których osadzone są miliardy aplikacji i funkcjonalności, od sterowania rakietami kosmicznymi i ciągami technologicznymi po zamawianie taksówek, pożywienia, kupno odzieży i korzystanie z rozrywek. Nie ma dla nich alternatywy.
Naliczanie opłat zależy więc od uznania właściciela. Co więcej, to właściciel może określać sposób i mechanizm wynagradzania swoich „poddanych” dzierżawców, zmuszając ich systemowo do wydajniejszej pracy za mniejsze wynagrodzenie. Właśnie w tej chwili Elon Musk przeprowadza taką operację w odniesieniu do milionów pracowników amerykańskiej administracji publicznej.
W stosunkowo krótkim czasie ostatnich kilkunastu lat i w sposób trudno zrozumiały dla szerszej opinii nastąpiła więc kolosalna migracja wartości. Źródłem wartości nie są już fizyczne innowacje produktowe czy procesowe ani nawet nie operacje finansowe, ale innowacje w chmurze i ich sprzężenia ze światem realnym. Głównym źródłem wartości np. samochodu nie są więc już fizyczne cechy blaszanego pudełka na kółkach, ale oprogramowanie, które nadaje mu określone walory użytkowe. Konsument – „poddany technomagnata” – nawet nie wie, skąd one pochodzą i ile za nie płaci. Nie ma zresztą żadnego wyboru. Nieuniknione są więc wydatki na powiększanie i „okopywanie” terytoriów kontrolowanych przez określone grupy, klany, rody możnowładców, kontrolujących narodowe mocarstwa.