Gdy ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro, obywatele masowo protestowali w obronie sądów. „Protestujemy po to, by zachować prawo do niezależnego sądu” – tak najczęściej uzasadniano przejawy sprzeciwu. O niezależność sędziowską zawsze warto walczyć, ale czy aby rzeczywiście obywatele mają prawo do sądu?
Na papierze na pewno – art. 45 konstytucji jasno wskazuje, że „każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”. W praktyce realizacja tego prawa niestety jest – co najmniej – znacznie ograniczona. Potwierdzają to statystyki, które w ostatnich dniach na łamach „Rz” analizował Piotr Szymaniak. Od 2011 roku czas oczekiwania na wyrok sądu pierwszej instancji w sprawach cywilnych wzrósł o blisko 70 proc. Liczba skarg na przewlekłość postępowania w ostatniej dekadzie jednak wyraźnie spadła, niemalże o połowę (z 18,1 tys. w 2015 roku do 9,5 tys. w 2024).
Czytaj więcej
Obywatele, edukacja, ławnicy – wszystko zaczyna się łączyć i razem działać.
„Skarga na przewlekłość jeszcze bardziej przedłuża postępowanie, zasądzane odszkodowania są niskie (średnio 3381 zł), a na dodatek strony obawiają się, że skarga rozdrażni sędziego, w którego rękach leży los postępowania” – tak ten spadkowy trend uzasadniają przepytani przez „Rz” eksperci. Smutna to lektura, bo dowodzi, że w Polsce systemowo zniechęca się obywateli do dochodzenia swoich praw i walki o sprawiedliwość. I tak oto, nie przez (albo nie tylko przez) zakusy polityków na sądownictwo obywatele są w praktyce często pozbawieni realnego, czyli sprawnie realizowanego, prawa do sądu.
Polecam tę gorzką lekturę rządzącym i przedstawicielom wymiaru sprawiedliwości. Tak, tak, tym ostatnim też, bo sędziowie, którzy tak chętnie odwoływali się do obywatelskich sumień w czasie ataku na niezależne sądownictwo, nie zawsze mają czyste sumienie w kwestii sumiennego wykonywania zadań wymiaru sprawiedliwości.