Najbardziej niebezpieczne dla świata, a przede wszystkim dla Ameryki jest to, że polityka celna administracji Donalda Trumpa jest tak bardzo zideologizowana. W tym sensie tzw. dzień wyzwolenia w mniejszym stopniu odwołuje się do twardych reguł ekonomii niż do osobistego oraz niestety obsesyjnego przekonania D.J. Trumpa, że protekcjonizm będzie zbawczy dla gospodarki Stanów Zjednoczonych Ameryki. O tym, jak głęboka jest to emocja, pomijając dość żałosną pompatyczność samego hasła o „dniu wyzwolenia”, świadczą takie choćby słowa z profilu Trumpa na Truth Social: „Przez dekady byliśmy oszukiwani i wykorzystywani i przez wszystkie narody na świecie (…) Nadszedł wreszcie czas, aby dobre stare USA odzyskały część tych pieniędzy i szacunku. Niech Bóg błogosławi USA”. Dość to typowe dla liderów o ograniczonym krytycyzmie; lubią się wspierać autorytetem Najwyższego. Nie zawsze za jego wiedzą i zgodą.

Jak na zapowiedzi „dnia wyzwolenia” reagują giełdy?

By pogorszyć sprawę, głębokiemu zideologizowaniu sprawy ceł przez prezydenta USA towarzyszy zarazem coś, co w świecie biznesu jest absolutnie karygodne; chaos i nieprzewidywalność. To dla rynków kuriozum, że jeszcze na dzień przed ogłoszeniem polityki celnej przez największą gospodarkę świata nie wiadomo, w kogo i jak mocno uderzy. Rynki w niedowierzaniu czekają na te decyzje, jakby miały do czynienia z losowaniem grup na mundial, albo tanią loterią. I można by tę metaforę zbyć uśmiechem, gdyby nie reakcje giełd. Te w przededniu „dnia W” notują konsekwentne spadki (w poniedziałek DAX tracił w momencie końca handlu w Warszawie 1,4 proc., na Wall Street S&P 500 spadał o 0,8 proc., ale Nasdaq już o 1,8 proc., japoński Nikkei 225 o ponad 4 proc. Na dodatek to trend. Od miesięcy, po pierwotnym entuzjazmie, światowe giełdy do polityki gospodarczej prezydenta USA odnoszą się z dużą rezerwą. Wynika to rzecz jasna ze strumienia danych od firm, ale również od klimatu panującego w gospodarce po obu stronach Atlantyku. Ale też w Chinach, które są związane z USA idącym w biliony dolarów bilansem handlowym. Wszędzie słychać jedno: nie da się, nie można prowadzić biznesu w świecie niepewnych reguł. To, co robi Trump swoją „zwariowaną” polityką celną, to chybotanie światem reguł do granicy szaleństwa.

Czy Trump cłami naprawi, czy osłabi Amerykę?

 Od miesięcy, po pierwotnym entuzjazmie, światowe giełdy do polityki gospodarczej prezydenta USA odnoszą się z dużą rezerwą.

Czy mu się uda? Czy wzmocni amerykańską gospodarkę, czy ją zdemoluje? Tego na razie nie wiemy. Wiemy za to, że prognozy są nie najlepsze. Dla przykładu analitycy Goldman Sachs obniżyli prognozę wzrostu amerykańskiego PKB w pierwszym kwartale do zaledwie 0,2 proc., a także podnieśli prognozę prawdopodobieństwa wystąpienia recesji w USA w ciągu nadchodzącego roku z 20 do 35 proc. Przy okazji eksperci GS ostrzegają, że ​​Europa może radzić sobie gorzej niż USA, a jej gospodarka wejść w tym roku w „techniczną” recesję. Nie są to dobre wieści dla świata. Otwarte pozostaje pytanie, czy realia amerykańskiej gospodarki – o ile eksperyment celny się nie uda – mogą zmienić podejście prezydenta USA do fundamentów polityki gospodarczej. Są tacy, którzy wierzą w jego pragmatyzm, co może oznaczać szybki powrót do uelastycznienia ceł, jeśli Amerykę dotknie wysoka inflacja. Inni przywołują poprzednią kadencję Donalda Trumpa, kiedy we wszystkich branżach objętych cłami zatrudnienie w amerykańskich fabrykach wzrosło o 0,4 proc. poprzez ochronę sektorów przed importem, ale zmniejszyły liczbę pracowników o 2 proc. poprzez szkody w znacznie większej liczbie sektorów dotkniętych rosnącymi kosztami. Czy D.J. Trump umie wyciągać wnioski z przeszłości? Jak widać, nie całkiem.