Alvarez to pięściarz uważany za najlepszego bez podziału na kategorie wagowe, bolesna porażka Turka nikogo więc nie dziwi. „Canelo" aspiruje do tego, by być najsłynniejszym meksykańskim mistrzem pięści, ale na razie wciąż niezagrożona jest pozycja legendarnego Julio Cesara Chaveza Sr. Tuż za nim są Salvador Sanchez, Marco Antonio Barrera, a dopiero potem Alvarez, już bezsprzecznie najbogatszy z nich (sparing z Turkiem przyniósł mu ponad 20 mln dolarów) i wciąż czynny zawodowo.
Dla platformy streamingowej DAZN, która najpierw podpisała z Alvarezem kosmiczny kontrakt na 365 mln dolarów za 11 walk, a teraz po jego zerwaniu znów idzie z nim ręka w rękę, liczy się tylko to, że Meksykanin wciąż jest kurą znoszącą złote jaja. Wystarczy spojrzeć na jego media społecznościowe, miliony obserwujących na Twitterze, Instagramie czy Facebooku. „Canelo" gwarantuje też najlepszą sprzedaż pay per view, co w dużej mierze zapewnia latynoska społeczność. Dlatego może liczyć na parasol ochronny w każdej sytuacji i rozdawać karty. Walka z nim pozwala rywalowi ustawić się na resztę życia, choć w pakiecie jest też zwykle pewność przegranej.
„Canelo" przegrał tylko raz, osiem lat temu z Floydem Mayweatherem Jr. Mówi, że chce zunifikować wszystkie tytuły w wadze superśredniej, bo nikt przed nim tego nie dokonał. Teraz ma pasy WBA, WBC, brakuje mu tytułów organizacji IBF i WBO.
8 maja będzie walczył z 31-letnim, niepokonanym Anglikiem, Billy Joe Saundersem, mistrzem WBO, i starcie z Yildirimem w Miami było jedynie reklamą tego, co zdarzy się za dwa miesiące. Kilka minut po jego zakończeniu DAZN zaprezentowało planszę reklamową zapowiadającą kolejny pojedynek Alvareza, być może już na oczach kilkudziesięciu tysięcy widzów. Na Florydzie, z uwagi na pandemiczne obostrzenia, było ich tylko 15 tysięcy.
Z biznesowego punktu widzenia ta śmieszna niby-walka z Turkiem spełniła więc swoje zadanie, każdy dobrze zarobił, włącznie z organizacjami sankcjonującymi obronę pasów, choć z prawdziwym boksem nie miało to wiele wspólnego.