Decyzja Donalda Trumpa o nałożeniu ceł na cały świat – z wyjątkiem m.in. Rosji, Białorusi i Kuby – otwiera nowy rozdział w historii relacji międzynarodowych. Jaki? Tego jeszcze do końca nie wiemy, bo wciąż jest więcej pytań niż odpowiedzi.
Cła Donalda Trumpa. Koniec powojennego porządku
Na pierwszy rzut oka jesteśmy świadkami końca ładu, który powstał po II wojnie światowej. Jego zwieńczeniem była globalizacja. Europa żyła z tanich surowców z Rosji, które pozwalały jej utrzymywać konkurencyjność, dzięki czemu eksportowała na potęgę, m.in. do Chin i USA. Amerykański przemysł przenosił produkcję do Azji, by zwiększać rentowność. Odrabiające zapóźnienia technologiczne Chiny postawiły na konkurencyjne, wysokomarżowe produkty, by prześcignąć Zachód w dziedzinie choćby elektromobilności czy fotowoltaiki. Wszystko odbywało się pod globalną hegemonią militarną USA oraz w porządku opartym na prawie międzynarodowym. Cyfrowa rewolucja tylko te zjawiska przyspieszyła i długo się wydawało, że to droga w jedną stronę.
Wydarzenia ostatnich lat zadały temu ładowi ciosy. Globalne łańcuchy dostaw zerwała pandemia, pokazując, jak kruchy był porządek oparty na globalnej wymianie handlowej. Rosyjska agresja na Ukrainę zaś ujawniła, że prawo międzynarodowe działa tylko wtedy, gdy jest poparte militarną siłą. A żadna z potęg nie chciała wprost wystąpić przeciw Rosji, która dysponuje bronią jądrową. Gdy więc dziś amerykańska administracja mówi, że jeśli uzna, iż potrzebuje Grenlandii, to ją sobie weźmie, możemy zapytać, czy Stany mówią językiem Putina, czy to świat zmienił się nie do poznania.
Czytaj więcej
Komentatorzy szukają racjonalności w ruchach Donalda Trump. Ale może nie mamy do czynienia z szac...