W piątek 14 kwietnia Sejm uchwalił ustawę o powołaniu Państwowej Komisji ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007–2022. Komisja ma być kolegialnym dziewięcioosobowym organem administracyjnym wybranym przez Sejm zwykłą większością głosów. Ma łączyć uprawnienia dochodzeniowo-śledcze z orzeczniczymi. Będzie mogła po przeprowadzeniu postępowania wydać decyzję np. zakazującą zajmowania stanowisk publicznych nawet na dziesięć lat. Od decyzji komisji nie będzie odwołania. W oczekiwaniu na dalszy proces legislacyjny i stanowisko prezydenta politycy opozycji i niezależne media nie pozostawiają na niej suchej nitki. Także większość prawników nie ma wątpliwości, że jest niezgodna z Konstytucją RP i ustanowionym w niej trójpodziałem władzy. Wśród komentatorów dominuje pogląd, że ustawa ma być narzędziem partii rządzącej do walki z opozycją, a w szczególności z jej liderami w nadchodzącej kampanii wyborczej. I rzeczywiście, jest to ustawa zagrażająca wolności wyborów. Tak trzeba o niej mówić i w żadnym razie nie wolno jej bagatelizować, jak niektórzy to czynią, tłumacząc, że komisja nie zdąży nic zrobić przed wyborami. Nawet gdyby tak miało być, to samo jej istnienie i relacje w mediach rządowych wystarczą, aby wpływać na wyborców. Jeżeli ustawa wejdzie w życie, opozycja nie może brać udziału w wyborach do komisji ani tym bardziej zgłaszać swoich kandydatów. Byłoby to legitymizowanie niekonstytucyjnych rozwiązań i uwiarygodnianie prac komisji.