Nauczyłem się czytać przed ukończeniem 6. roku życia. Sam. To znaczy liter nauczył mnie mój Ojciec na książce Barucha Spinozy „Etyka w porządku geometrycznym dowiedziona", którą właśnie studiował. Ja, znając już abecadło, składałem wyrazy w niezapomnianym, wspaniałym „Świerszczyku", przy którym bladły wszystkie stojące na półkach bibliotecznych w moim domu dzieła Kanta, Hegla, Schopenhauera i Feuerbacha.
Ojciec – leśnik z wykształcenia – był domorosłym filozofem, a to byli jego ulubieni myśliciele. Może przez to przyrodnicze wykształcenie umiał wiązać w system poglądy dla mnie niepowiązywalne. Ale na półkach, obok dzieł niemieckich filozofów, stały też inne książki, których tytułów już nie pamiętam, bo nie chcę pamiętać. O obozach koncentracyjnych, katowniach, więzieniach i wszystkich tych miejscach, które tylko zwyrodniałe niemieckie umysły mogły wykoncypować, a nikczemne ręce zbudować.