Prezydent w roli guzika

Prezydentura Lecha Kaczyńskiego rozpoczęła się od słów: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania" – początek niedobry, chociaż na pewno szczery. Lubimy bajki o prezydencie wszystkich Polaków, mimo że z przyczyn obiektywnych tego zadania nikomu się nie udało i nie uda całkowicie wypełnić.

Aktualizacja: 27.10.2008 19:05 Publikacja: 27.10.2008 18:59

Prezydent w roli guzika

Foto: Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek Mirosław Owczarek

Red

[ul][li][link=http://blog.rp.pl/blog/2008/10/27/anna-laszuk-prezydent-w-roli-guzika/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/li][/ul]

[srodtytul]Zadanie wykonane [/srodtytul]

Nie istnieją politycy reprezentujący wszystkich, choć oczywiście urząd prezydencki zobowiązuje do dystansu wobec rodzimego ugrupowania i postawy, która ostentacyjnie nikogo nie wyklucza. Tego Lechowi Kaczyńskiemu zabrakło niemal od samego początku, a do niskiego dziś poparcia, na które wskazują sondaże, przyczyniły się z pewnością zdarzenia ostatnich tygodni. Napisano o tym tomy, więc dodam jedynie, że kto oburza się dziś na oponentów za dosadną krytykę prezydenta, którą spowodowała równie dosadna groźba pod adresem Moniki Olejnik: "stokrotka, stokrotka, wykończę panią", lub wyrwane rządowi krzesło w Brukseli (ciekawe, czy ten scenariusz w podobnej wersji powtórzy się 7 listopada przy okazji szczytu poświęconego kryzysowi finansowemu), niech sobie przypomni dosadność inwektyw, z jakimi musiał się zmierzyć Aleksander Kwaśniewski za "przepraszam" w Jedwabnem, za komunę i postkomunę razem wzięte czy za kompromitację w Charkowie.

Nie zamierzam tu porównywać incydentów i dokonań ani liczyć niepochlebnych, łagodnie rzecz ujmując, sformułowań. Apele o poszanowanie głowy państwa brzmią za każdym razem w podobnych sytuacjach jak bezsilne belferskie ustawianie do kąta. Również najgorętsze publicystyczne spory tracą znaczenie w dniu wyborów, kiedy okazuje się ostatecznie (w przypadku reelekcji), czy społeczeństwo poczuło się bilansem działań prezydenta usatysfakcjonowane czy też nie.

Lech Kaczyński najwięcej dziś ryzykuje, wdając się w utarczki z rządem, nie tylko z powodu samej atmosfery wokół konfliktów, ale przede wszystkim dlatego, że wywalczona obecność na unijnym spotkaniu wysokiego szczebla nie pociągnęła za sobą żadnej inicjatywy. Inaczej niż w Gruzji, kiedy przekonał do swoich działań ponad połowę obywateli oraz część przeciwników politycznych.

Z licznych sondaży przeprowadzonych po awanturze o brukselski szczyt wynika, że na tym sporze prezydent stracił i nie wystarczy mu poparcia, by wygrać rywalizację z Donaldem Tuskiem w kolejnych wyborach (ostatnie badania opinii publicznej wskazują na dystans między nimi nawet do 31 punktów procentowych). Przy Lechu Kaczyńskim zdają się trwać głównie zwolennicy PiS. Nic dziwnego – "zadanie" wykonał, budując razem z PiS fundamenty IV Rzeczypospolitej (instytucjonalnie raczej nieistniejącej, ale na poziomie symboli i nowych obyczajów politycznych – owszem), a w parlamencie wspiera partię raz po raz wetowaniem projektów ustaw rządu.

Pytanie, czy zadania, które głowa państwa przed sobą stawia, nakładają się na oczekiwania społeczne?

[srodtytul] Zasada z Koterskiego[/srodtytul]

Teza, że Lech Kaczyński pozostaje przede wszystkim wykonawcą pisowskiego planu, to diagnoza prawdziwa, ale zbyt prosta. Na naszych oczach realizuje się szersza wizja Jarosława Kaczyńskiego, w której idealnym modelem politycznym dla Polski miałby być system dwupartyjny z silnym ośrodkiem prezydenckim (rzecz jasna dyskusyjne pozostaje, dla kogo miałby być to model pożądany). Wizja ta stała się – mimo obecności lewicy w parlamencie – w pewnym złowieszczym kształcie rzeczywista, i to ona czyni zakładnika nie tylko z Lecha Kaczyńskiego, ale być może z prezydenckiego urzędu jako takiego, przynajmniej dopóki będzie nim lider jednej z dwóch największych partii. Lewica nie ma dziś dla nich swojego konkurenta, a w parlamencie pełni w aktualnym układzie jedynie rolę liny, którą Platforma Obywatelska i PiS przeciągają raz po raz na swoją stronę w celu poparcia lub odrzucenia prezydenckiego weta.

Dla SLD nie ma trzeciej drogi ani też, przy trwającym kryzysie, możliwości emancypacji – można być albo za, albo przeciw, za każdym razem narażając się na sojusz z niewłaściwym w oczach elektoratu partnerem. Nie wydaje się też możliwe, żeby w najbliższych wyborach prezydenckich objawił się nam charyzmatyczny (albo wystarczająco popularny) kandydat spoza szeregów Platformy czy PiS.

Narzędziem najbardziej realnej władzy okazuje się dziś w tej dwupartyjnej grze prezydenckie weto, ale tylko na pozór – realna władza polega na dokonywaniu zmian, a nie na wzmacnianiu wszelkimi środkami samej siebie. W istocie działa jak ślepa siła blokująca za wszelką cenę pomysły ekipy rządzącej. Rząd, który przegrywa wszystkie ważne głosowania, nie potrafi skutecznie rządzić, a opozycja, która je de facto wygrywa – prowadzi politykę nastawioną na użytek następnych wyborów (prezydenckich i parlamentarnych).

A przecież czasy, w których PO i PiS miały wspólnie odmienić posteseldowską rzeczywistość i zostać PO – PiS-em, z Kazimierzem Marcinkiewiczem w roli konserwatywno-liberalnego spoiwa, nie są wcale tak bardzo odległe. Oba ugrupowania miały podobne poglądy na lustrację, dezubekizację, walkę z korupcją, a także na służbę zdrowia. Miały szansę dogadać się w sprawie prywatyzacji. O wspólnych dla obu partii konserwatywnych korzeniach nikt już dziś nie wspomina, bo straciły znaczenie.

Od rozpadu potencjalnego PO – PiS-u rządzi w coraz to bardziej niekontrolowany sposób prosta zasada, zaczerpnięta żywcem z dramatu Marka Koterskiego: "racja jest bardziej mojsza niż twojsza", co ilustruje choćby aktualny spór o ostateczny kształt ustawy dezubekizacyjnej i słowa jednego z posłów PiS, że ojciec może być tylko jeden. (Najwyraźniej ojcostwo okazało się kluczowe także dla projektów ustaw, czego nam tak dobitnie nikt dotąd nie powiedział; nawet profesor Religa zarzucający Platformie "kradzież" części pakietu ustaw zdrowotnych. Przy okazji: ciekawe, kto pamięta, która to część?).

[srodtytul] Zbiorowe psychozabawy[/srodtytul]

Paradoksalnie, tam, gdzie zadziałała zgoda (jak w przypadku pakietu ustaw prorodzinnych), sukcesu nie odtrąbiono, bo jeszcze elektorat by się zorientował, że obie partie różni skandalicznie mało, a to niedopuszczalne. Jeszcze byśmy sobie przypomnieli, że to nie różnice programowe zadecydowały w roku 2005 o przekształceniu kohabitacji w ring, ale ambicje wygrywania choćby i po trupach (być może liberalna pusta lodówka wzbudza dziś tylko śmiech pomimo globalnego finansowego kryzysu, ale za to płacimy słono za niegdysiejsze spoty o umierających pacjentach, którzy nie dysponują kartą kredytową zdolną pokryć koszty ratowania życia. Skomercjalizowana służba zdrowia do tej pory ma dla wielu znak trupiej czaszki). Przed parlamentarnym zwycięstwem PiS nie zajmowaliśmy się na taką skalę interpersonalnymi rozgrywkami polityków, nie miało aż takiego znaczenia, co kto powiedział na korytarzu sejmowym (oczywiście do kamery lub mikrofonu), kto miał dziadka w AK, kto w AL, a kto w Wehrmachcie. Nie zaglądaliśmy też co chwila do konstytucji. Stało się tak na skutek spłycenia sporów o sprawy najważniejsze dla ludzi, bo popularność i wyrazistość samych polityków, jako nosicieli przyszłego sukcesu partyjnego, stały się priorytetem. Tym większym, im mniej istotnych różnic zawiera oferta programowa.

Obecna polaryzacja stanowisk w Sejmie wydaje się konsekwencją przyjętych wówczas strategii. Straciła oparcie w rzeczywistym rozpoznaniu i analizie problemów, eskaluje napędzana perspektywą kolejnych wyborów, do czego przyczynia się i prezydent.

Kampanię wyborczą mamy zagwarantowaną permanentnie, a weto – jako zasada i straszak w jednym – i tak wiadomo, że będzie. Pełni bowiem funkcję guzika naciskanego bez przerwy w wojnie dwóch obozów. Prezydentowi brakuje argumentów, by przekonać społeczeństwo, że jest autonomiczny w sposobie myślenia i sprawuje władzę z metapoziomu prezydenckiego urzędu.

Coraz bardziej akcentowana dwupartyjność kasuje ów metapoziom bardzo skutecznie. W tym kontekście również spór kompetencyjny w zakresie polityki zagranicznej między premierem/rządem a prezydentem nabiera nowego znaczenia, dużo poważniejszego niż zbiorowe psychozabawy polegające na rozstrzyganiu, kto mniej się zna na savoir-vivrze.

Można oczywiście uznać za naturalne, że Lech Kaczyński chce mieć więcej autonomii w obszarze, gdzie czuje się naprawdę dobrze i gdzie pisowska kuratela jest o wiele mniejsza (chociaż to w niej prawdopodobnie należy szukać przyczyny zwlekania z podpisaniem traktatu lizbońskiego, a tym samym irracjonalnego wizerunku głowy państwa jako nieświadomej tego, co obiecała). Ale w poprzek jego ambicjom stoi zarówno konstytucja (o kształcie polityki zagranicznej decyduje jednak rząd), jak i osobiście premier, który nie będzie zachowywał się koncyliacyjnie także z powodu już rozpoczętej rywalizacji o prezydenturę.

[srodtytul] W klinczu [/srodtytul]

Szukanie w tej sytuacji ratunku zarówno u psychologów, jak i u konstytucjonalistów nie ma sensu. Psychologowie nie decydują o podziale kompetencji w państwie, a konstytucja niczego nie rozstrzygnie, bo obu największym ugrupowaniom politycznym po prostu przestał odpowiadać określony w niej podział władzy. Premier szykuje się do przyszłej prezydentury, prezydent zaś próbuje odebrać jak najwięcej pola premierowi. Mamy destrukcję, z której nie wiadomo jak wybrnąć. Najciekawsze jest, czy proces ten zmierza do porozumienia ponad podziałami w sprawie zmian w konstytucji wzmacniających władzę prezydencką. O tym oba ugrupowania skłonne są rozmawiać, licząc w przyszłości na własne korzyści. Pytanie, czy oznaczałoby to korzyść dla nas wszystkich? Prowadziłoby raczej albo do nieustannego powielania obecnego klinczu (w przypadku prezydenta pochodzącego z najsilniejszej partii opozycyjnej), albo też do skupienia władzy w rękach obozu rządzącego, tak czy inaczej – z prezydentem w roli superpremiera. Taka opcja doraźnie wydaje się PO i PiS najwłaściwsza.

[i] Autorka jest dziennikarką Radia TOK FM, opublikowała reportażową książkę o polskich lesbijkach pt. "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy" [/i]

[ul][li][link=http://blog.rp.pl/blog/2008/10/27/anna-laszuk-prezydent-w-roli-guzika/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/li][/ul]

[srodtytul]Zadanie wykonane [/srodtytul]

Pozostało jeszcze 99% artykułu
Opinie polityczno - społeczne
Jędrzej Bielecki: Wojna handlowa Trumpa. Samobój Ameryki
Materiał Promocyjny
Rośnie znaczenie magazynów energii dla systemu energetycznego i bezpieczeństwa kraju
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: Prima aprilis, czyli dzień kłamstwa. A gdyby tak zorganizować dzień prawdy?
Opinie polityczno - społeczne
Marek A. Cichocki: Amerykańska fantazja według Trumpa – niebezpieczna i okrutna
analizy
Mentzen odpala protokół Korwina. Już raz pogrążył Konfederację
Materiał Partnera
Kroki praktycznego wdrożenia i operowania projektem OZE w wymiarze lokalnym
Opinie polityczno - społeczne
Joanna Ćwiek-Świdecka: Sławomir Mentzen chce płatnych studiów. Ile naprawdę kosztuje edukacja w Polsce?
Materiał Promocyjny
Jak znaleźć nieruchomość w Warszawie i czy warto inwestować?