[ul][li][link=http://blog.rp.pl/blog/2008/10/27/anna-laszuk-prezydent-w-roli-guzika/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/li][/ul]
[srodtytul]Zadanie wykonane [/srodtytul]
Nie istnieją politycy reprezentujący wszystkich, choć oczywiście urząd prezydencki zobowiązuje do dystansu wobec rodzimego ugrupowania i postawy, która ostentacyjnie nikogo nie wyklucza. Tego Lechowi Kaczyńskiemu zabrakło niemal od samego początku, a do niskiego dziś poparcia, na które wskazują sondaże, przyczyniły się z pewnością zdarzenia ostatnich tygodni. Napisano o tym tomy, więc dodam jedynie, że kto oburza się dziś na oponentów za dosadną krytykę prezydenta, którą spowodowała równie dosadna groźba pod adresem Moniki Olejnik: "stokrotka, stokrotka, wykończę panią", lub wyrwane rządowi krzesło w Brukseli (ciekawe, czy ten scenariusz w podobnej wersji powtórzy się 7 listopada przy okazji szczytu poświęconego kryzysowi finansowemu), niech sobie przypomni dosadność inwektyw, z jakimi musiał się zmierzyć Aleksander Kwaśniewski za "przepraszam" w Jedwabnem, za komunę i postkomunę razem wzięte czy za kompromitację w Charkowie.
Nie zamierzam tu porównywać incydentów i dokonań ani liczyć niepochlebnych, łagodnie rzecz ujmując, sformułowań. Apele o poszanowanie głowy państwa brzmią za każdym razem w podobnych sytuacjach jak bezsilne belferskie ustawianie do kąta. Również najgorętsze publicystyczne spory tracą znaczenie w dniu wyborów, kiedy okazuje się ostatecznie (w przypadku reelekcji), czy społeczeństwo poczuło się bilansem działań prezydenta usatysfakcjonowane czy też nie.
Lech Kaczyński najwięcej dziś ryzykuje, wdając się w utarczki z rządem, nie tylko z powodu samej atmosfery wokół konfliktów, ale przede wszystkim dlatego, że wywalczona obecność na unijnym spotkaniu wysokiego szczebla nie pociągnęła za sobą żadnej inicjatywy. Inaczej niż w Gruzji, kiedy przekonał do swoich działań ponad połowę obywateli oraz część przeciwników politycznych.