W piątek inwestorzy krajowi próbowali wprawdzie zaspekulować „pod dobre zamknięcie” w USA, jednak próba się nie powiodła, gdyż giełdy amerykańskie zakończyły sesje na ogromnych minusach. Jedyne, co się zmieniło w porównaniu z ostatnimi tygodniami, to fakt, iż weekend nie przyniósł inwestorom porcji „trudnych do przetrawienia” informacji, na które należałoby gwałtownie reagować w poniedziałkowy poranek.
Z punktu widzenia inwestora nic już nie działa normalnie, a pytanie: kiedy skończy się kryzys?, zaczyna nabierać innego wymiaru.
Najkrótszą drogą do zobrazowania giełdowej rzeczywistości może więc być spojrzenie na wykresy cen spółek, indeksów, walut, towarów, rentowność obligacji i innych instrumentów. Badanie pojedynczych przypadków i współzależności między tymi klasami aktywów prowadzi do ciekawych wniosków.
Co widać na kreskach? Przede wszystkim potwierdzenie, iż naturą rynków jest zaskakiwanie inwestorów. Dla tych, którzy czekają na odbicie, jest to dobra wiadomość, bo uporczywe spadki stały się chlebem powszednim. Nikogo już nie dziwi 5-proc. spadek. By zrobić wrażenie, rynek musiałby spaść jednorazowo o ponad 10 proc. Biorąc pod uwagę liczbę kolejnych spadkowych sesji z rzędu, ich siłę i dużą zmienność, coraz bardziej prawdopodobnym scenariuszem staje się powrót do normalności, która wg mojej definicji oznacza... mniejszą zmienność. Niejako przy okazji, w pierwszej fazie ruchu, powinniśmy być świadkami silnego odbicia cen, które ponownie wprawi w kłopot sporą część inwestorów.
Niestety umiejętność przewidywania jest najtrudniejszą ze sztuk, toteż większość inwestorów zazwyczaj myli się w ocenach przyszłych zachowań giełd. Statystyki potwierdzą, że 90 proc. rachunków inwestycyjnych na kontraktach terminowych pod koniec roku kalendarzowego odnotuje straty. Aktualne jest więc pytanie: co sądzi 90 proc. inwestorów?