Zbliżająca się kampania wyborcza znów ożywia dyskusję o roli Kościoła i jego zaangażowaniu w sprawy publiczne. W prawicowej publicystyce pojawiło się przekonanie, że wobec liberalnej presji wywieranej na katolicyzm Prawo i Sprawiedliwość staje się ostatnim obrońcą cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce. Wydaje się, że taką tezę trzeba uznać za niebezpieczną.
Rzeczywiście trudno nie zauważyć trwającego od dawna stronniczego traktowania Kościoła przez liberalne media oraz ludzi bliskich liberalnej i lewicowej opozycji. Sprowadza się ono nie tylko do ciągłego i często wybiórczego krytykowania duchowieństwa, ale także jest widoczne w używanym języku. Gdy publicystka „Gazety Wyborczej" pisze, jakoby biskupi „łasili się" do polityków partii Jarosława Kaczyńskiego (Małgorzata Skowrońska, „Wie, kiedy zagrać żartem, nie unika osobistych opowieści, jest szczery. Jakim metropolitą będzie abp Grzegorz Ryś?", 15 września 2017 r.), nie jest to merytoryczna krytyka, ale sterowanie emocjami.