Cyfrowa telewizja naziemna dla ubogich

Polskie państwo realizuje plan, którego skutkiem będzie naziemna telewizja cyfrowa skierowana do garstki mało liczących się na rynku reklamowym najbiedniejszych Polaków - pisze publicystka "Rzeczpospolitej"

Aktualizacja: 04.11.2008 23:07 Publikacja: 04.11.2008 22:50

[b]Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/lichocka/2008/11/04/cyfrowa-telewizja-naziemna-dla-ubogich/]blog.rp.pl[/link][/b]

Jeżeli za kilka lat spojrzymy na to, co się stało na rynku telewizyjnym, stwierdzimy zapewne – jak zwykle po czasie – że polskie państwo dokonało kolejnej abdykacji; zdjęło z siebie ciężar odpowiedzialności za to, do czego jest predestynowane. Pewnie będzie można przeczytać w którejś z gazet, że nie sprostaliśmy wyzwaniom tworzonym przez postęp technologiczny w dziedzinie mediów. Że ów postęp niósł prócz korzyści dla ekonomii i konkurencyjności także szczególne wyzwania dla państwa. Tylko że państwa w kluczowym momencie zabrakło.

"Kompetencje państwa narodowego w ramach Unii Europejskiej są nieuchronnie zawężane" – mówił dla "Nowego Państwa" Aleksander Smolar, uznając, że "minimum minimorum to suwerenność wspólnoty kulturowej i historycznej, bronienie sfery kultury, edukacji, tradycji i obyczaju. To zawsze stanowi o przetrwaniu wspólnoty w historii". Nietrudno dostrzec, że jednym z głównych czynników wpływających na kształtowanie się więzi wymienionych przez Smolara jest w obecnych czasach telewizja. Rzecz w tym, że rola i suwerenność państwa w zakresie telewizji sprowadza się w praktyce tylko do telewizji naziemnej, bo w przekazach telewizji kablowej, satelitarnej czy "internetowej" obowiązuje zasada, że to, co legalne w jednym kraju Unii, jest legalne wszędzie indziej. Nie możemy więc ograniczać prawnie dostępu takich programów do polskiego rynku bez względu na to, jakie treści niosą.

[srodtytul]Korzyści pozaekonomiczne[/srodtytul]

Wyjątkiem jest właśnie telewizja naziemna i ta podlega kontroli państwa. To dlatego wszystkie duże kraje Unii starały się zapewnić naziemnej telewizji cyfrowej – spadkobierczyni obecnej telewizji analogowej – jak najpoważniejszy udział w rynku medialnym przez jak najdłuższy czas. Dbają o to kolejne rządy Wielkiej Brytanii, Francji czy Włoch bez względu na opcję polityczną i stosunek do integracji europejskiej. Przechodziły do porządku dziennego nad utyskiwaniem biznesu, że taniej jest budować cyfrową telewizję satelitarną niż naziemną. Nie wszystko mówiono przy tym wprost – zamiast o interesie państwa czy interesie publicznym ukuto eufemizm mówiący o "korzyściach pozaekonomicznych". Tymczasem zarówno działania ustawodawcy, rządu, jak i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz Urzędu Komunikacji Elektronicznej w sprawie cyfryzacji zdają się sprowadzać de facto do tego, by dominującą rolę w mediach odgrywał przekaz nienaziemny, czyli ten, którego państwo polskie właściwie nie może kontrolować. Zagadką pozostaje, czemu tak różne ośrodki władzy tak jednomyślnie pracują na to, by państwo polskie w tej sferze miało w przyszłości jak najmniej do powiedzenia.

[srodtytul]Telewizja silna czy socjalna?[/srodtytul]

Najpóźniej do czerwca 2015 roku naziemne transmisje analogowe muszą zostać zastąpione przez cyfrowe. Dla zwykłego Kowalskiego oznacza to, że jeśli nie korzysta z usług telewizji kablowej lub satelitarnej, będzie musiał kupić dekoder do odbioru cyfrowej telewizji naziemnej. Co jednak dzięki temu dekoderowi będzie mógł zobaczyć, chyba nikt w Polsce nie może mu dziś powiedzieć.

Teoretycznie słyszy dziś ów Kowalski, że będzie cztery czy pięć multipleksów z siedmioma kanałami każdy, zatem naziemnie będzie nadawanych kilkadziesiąt programów telewizyjnych. Pozornie wygląda to optymistycznie. Znacznie gorzej jednak wypada to wtedy, gdy przyjrzymy się, jaką pozycję dla tych kanałów na rynku przewidują autorzy procesu cyfryzacji.

Wygląda na to, że polskie państwo realizuje plan, dzięki któremu będzie wprawdzie kilkadziesiąt kanałów nadawanych naziemnie, ale będą one odgrywały rolę marginalną, będą odbierane przez garstkę najbiedniejszych Polaków mało liczących się na rynku reklamowym, których nie stać na wykupienie dostępu do przekazu satelitarnych platform cyfrowych. Liczące się kanały będą budowane przez obecnych potentatów na rynku w ramach ich platform cyfrowych i będą miały dominującą, bo liczącą się i na rynku reklamowym i w rankingach oglądalności, ofertę programową.

Dylemat, przed którym stoją decydenci mający wpływ na przebieg cyfryzacji w Polsce, sformułowała wiosną tego roku jedna z najważniejszych osób w tym procesie – prezes UKE Anna Streżyńska. W jej piśmie do przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Witolda Kołodziejskiego z marca czytamy: "najważniejszą decyzją, jaką trzeba podjąć, jest decyzja o znaczeniu naziemnej telewizji cyfrowej dla dalszego rozwoju całego rynku medialnego w Polsce". Ta decyzja to zdaniem pani prezes "wybór pomiędzy modelem socjalnym naziemnej telewizji cyfrowej", "gwarantującym minimum programowe dla konsumentów", a "modelem preferującym telewizję cyfrową naziemną", w którym "osiągnie się w największym stopniu cele zaoferowania szerokiej oferty klientom, rozwoju konkurencji, zastosowania technologii HD (wysokiej rozdzielczości) oraz podkreślany często w dokumentach UE cel zabezpieczenia kulturowej ciągłości i tożsamości krajowych mediów".

Zatem kierunkowy wybór – marginalna rynkowo usługa dla ubogich czy silna i nowoczesna platforma zdolna długo jeszcze być narzędziem państwa w dbaniu o kulturę i tożsamość narodu – został wyraźnie zdefiniowany. I… nic z tego nie wynikło, bo zamiast rzeczowej, jawnej debaty prowadzącej do przejrzystych rozstrzygnięć, obserwujemy wyłącznie konflikt UKE z nadawcami, zwłaszcza Polsatem i TVN.

Spór, w którym sympatia prasy jest wyraźnie po stronie prezes Streżyńskiej, trwa od wiosny. Skupił prawie całą uwagę opinii publicznej, przesłaniając fakt, że nie dowiedzieliśmy się dotąd, jak ów opisany wyżej dylemat został rozstrzygnięty. Nie słychać, jaką telewizję naziemną UKE czy KRRiT chcą zbudować, i co w ich planie zapewnia osiągnięcie celu.

Nie słychać, ale widać – plan forsowany przez UKE moim zdaniem wskazuje, że państwo wybrało model telewizji socjalnej. Jedyne dwa multipleksy naziemne o solidnym zasięgu, które można uruchomić przed wyłączeniem nadawania analogowego, mają zostać wypełnione w połowie przez cyfrowe kopie obecnych programów naziemnych (trzy publiczne i cztery prywatne), a w połowie przez ofertę nowych nadawców, która ma być "lokomotywą" cyfryzacji.

[srodtytul]Wyrzynanie[/srodtytul]

Po wyłączeniu nadawania analogowego – które UKE planuje w mało realnym terminie 2012 roku – dojdą jeszcze dwa lub trzy multipleksy, z czego jeden przypadnie TVP. Jeśli prywatni nadawcy zobowiążą się bezwarunkowo wyłączyć swoje analogowe programy w 2012 roku, dostaną prawo do jeszcze jednego programu. To wszystko, co wiadomo – resztę czas pokaże. Krótko mówiąc, żaden przedsiębiorca działający dziś na rynku nie wie, w jakich warunkach przyjdzie mu działać w telewizji naziemnej za pięć lat. Dzieje się tak, jakby decydentom zależało właśnie na tym, by najwięksi gracze na rynku byli budową telewizji naziemnej najmniej zainteresowani.

To – nie łudźmy się – jest też na rękę nadawcom. Zamiast ponosić wydatki na kosztowną platformę naziemną, przyjmować na siebie zadania promocyjne i odpowiedzialność za przebieg cyfryzacji, mogą się skoncentrować na rozwoju własnych biznesów satelitarnych. TVN już wprowadził kolejną ofertę satelitarną, która – jak określiła prezes Streżyńska – w pewnym sensie wyrzyna naziemną telewizję cyfrową, a TVP zapowiada uruchomienie podobnej, własnej platformy. Wszystko to znakomicie pogarsza i tak niełatwe warunki cyfryzacji naziemnej.

[srodtytul]Jest nam (i będzie) trudniej [/srodtytul]

Warunki, w jakich Polsce przychodzi budować naziemną telewizję cyfrową, są trudniejsze niż w porównywalnych krajach Unii. Mamy mniej multipleksów do wykorzystania przed wyłączeniem emisji analogowej i mniej niż inni będziemy mieli po jej wyłączeniu. Brak nam spójnego prawa dostosowanego do potrzeb cyfryzacji. Telewizja publiczna nie jest instrumentem, który państwo może wykorzystać do osiągnięcia pożądanego celu cyfryzacji, lecz samodzielną instytucją działającą na podstawie prawa handlowego, skazaną na dbanie przede wszystkim o własny interes ekonomiczny. Ale przede wszystkim brakuje nam woli politycznej, by naziemna telewizja cyfrowa miała zagwarantowaną jak najlepszą pozycję na rynku medialnym. To nas boleśnie różni od Zachodu.

Doświadczenia zachodnie pokazują bowiem, że dla sukcesu naziemnej telewizji cyfrowej niezbędne jest zaangażowanie największych nadawców. Bez względu na to, w jaki sposób osiągnęli obecną pozycję, jak zarobili swój pierwszy milion w interesie państwa, jest taki plan budowy naziemnej TV cyfrowej, by każdy z dużych graczy był realnie zainteresowany powodzeniem tego projektu. To oni muszą chcieć przekonać widzów, że warto kupić dekoder do odbioru naziemnej platformy, a nie ten pozwalający na odbiór ich własnych platform cyfrowych.

W Polsce programy TVP oraz stacji Solorza i Waltera oglądane są przez prawie 90 proc. widowni. Jeżeli tych trzech nadawców nie będzie namawiać widzów do odbioru naziemnej platformy, a zamiast tego będą promować swoje platformy satelitarne, to kto przebije się z promocją typu "kupujcie dekodery telewizji naziemnej"? Na pewno nie państwo, które tu musi być neutralne: może tylko informować, co i kiedy nastąpi, nie może promować poszczególnych podmiotów na rynku.

[srodtytul]HD na mistrzostwa [/srodtytul]

Jest też inna szczególna okoliczność podnosząca poprzeczkę cyfryzacji. Zdaniem specjalistów naziemna telewizja cyfrowa jeśli ma odnieść sukces, powinna być budowana tak, by sprostać wyzwaniom, z jakimi będzie miała do czynienia w przyszłości, a nie tylko w oparciu o bieżące preferencje i układ sił. Dotyczy to zwłaszcza telewizji wysokiej rozdzielczości (HDTV). Dziś już żadna platforma cyfrowa nie może być jej pozbawiona, jeśli chce skutecznie konkurować. Świadomość tego faktu mają rządy i nadawcy tam, gdzie już rozpoczęto cyfryzację telewizji naziemnej; czynią wszystko co można, by jak najszybciej dostarczyć widzom programy głównych nadawców w jakości HD. Problem w tym, że lepsza jakość wymaga więcej pojemności. Tam, gdzie się mieści siedem zwykłych programów, można wprowadzić tylko trzy HD. Nie widać jednak, by decydenci tym problemem – podziału programów w multipleksach tak, by oferowały one ofertę w systemie HD – poważnie się zajmowali.

Polskę w okresie budowy naziemnej telewizji cyfrowej czekają co najmniej dwa wydarzenia gromadzące największą widownię i napędzające sprzedaż nowych telewizorów – mistrzostwa świata i mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Będą transmitowane w standardzie HD. Jeśli zaś naziemna telewizja cyfrowa nie będzie transmitować mistrzostw w HD, to cały wzrost zapotrzebowania na oglądanie meczów w wysokiej rozdzielczości zostanie "skonsumowany" przez dostawców usług kablowych i satelitarnych. Zatem – i tę logikę wydarzeń warto sobie uświadomić – jeśli w pierwszych multipleksach naziemnych zabraknie miejsca na programy HD tych nadawców, którzy prawdopodobnie wykupią prawa do transmisji mistrzostw, to widz będzie ich szukał gdzie indziej. I po wyłączeniu transmisji analogowych będzie już klientem innej, nienaziemnej oferty cyfrowej.

[srodtytul]Przyszłość decyduje się dziś[/srodtytul]

Żeby zatem zbudować silną naziemną telewizję cyfrową, trzeba związać z nią silnie nadawców komercyjnych i wygrać wojnę o HD. Być może zamysłem UKE jest związanie z tym procesem wyłącznie tych nadawców, którzy są w tej chwili nieobecni na rynku, a którzy, taki jest pomysł UKE, mają wygrać konkurs na zagospodarowanie drugiego multipleksu. Problem w tym, że w ciągu czterech czy pięciu lat jest raczej mało prawdopodobne stworzenie silnego podmiotu na rynku w oparciu o nadawców, którzy dopiero na ten rynek mają zamiar wejść. Do tego czasu już obecni najwięksi nadawcy będą z zapałem promować własne platformy, sieci kablowe także nie będą próżnować, a na dodatek w naziemnych telewizjach cyfrowych próżno będzie szukać darmowych transmisji w standardzie HD. Może się więc okazać, że nad Wisłą zbudowano naziemną telewizję socjalną jedynie dla grupki uboższej ludności, marginalnej z punktu widzenia rynku reklamowego, z której nadawca prywatny może w ostateczności zrezygnować.

I tylko dziś nikt głośno nie zechce się do takich planów przyznać.

[b]Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/lichocka/2008/11/04/cyfrowa-telewizja-naziemna-dla-ubogich/]blog.rp.pl[/link][/b]

Jeżeli za kilka lat spojrzymy na to, co się stało na rynku telewizyjnym, stwierdzimy zapewne – jak zwykle po czasie – że polskie państwo dokonało kolejnej abdykacji; zdjęło z siebie ciężar odpowiedzialności za to, do czego jest predestynowane. Pewnie będzie można przeczytać w którejś z gazet, że nie sprostaliśmy wyzwaniom tworzonym przez postęp technologiczny w dziedzinie mediów. Że ów postęp niósł prócz korzyści dla ekonomii i konkurencyjności także szczególne wyzwania dla państwa. Tylko że państwa w kluczowym momencie zabrakło.

Pozostało jeszcze 94% artykułu
Opinie polityczno - społeczne
Jędrzej Bielecki: Wojna handlowa Trumpa. Samobój Ameryki
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: Prima aprilis, czyli dzień kłamstwa. A gdyby tak zorganizować dzień prawdy?
Opinie polityczno - społeczne
Marek A. Cichocki: Amerykańska fantazja według Trumpa – niebezpieczna i okrutna
analizy
Mentzen odpala protokół Korwina. Już raz pogrążył Konfederację
Materiał Partnera
Konieczność transformacji energetycznej i rola samorządów
Opinie polityczno - społeczne
Joanna Ćwiek-Świdecka: Sławomir Mentzen chce płatnych studiów. Ile naprawdę kosztuje edukacja w Polsce?