Pan Marcin Zaborowski w swoim tekście definiującym założenia obecnej polskiej polityki zagranicznej pisze: „[…] naczelnym imperatywem polityki zagranicznej powinien być interes państwa i jego obywateli, a nie najszlachetniejsza nawet ideologia. Zmieniająca się rzeczywistość globalna oraz wzrost znaczenia Polski oznaczają, że Warszawa powinna dziś zrewidować założenia, które nadawały kierunek naszej polityce zagranicznej” („Polska dyplomacja bez kompleksów”, „Rz”, 4.01.2011). To bez wątpienia słuszne stwierdzenie nie znajduje niestety ilustracji w reszcie jego tekstu, który utkany jest z kryptocytatów z obowiązującej dziś w świecie zachodnim gadaniny analitycznej i dyplomatycznej. Z lektury artykułu pana Zaborowskiego nie wynika bowiem, aby miał on jakąkolwiek pozytywną koncepcję polskiego interesu narodowego. To bardzo niepokojący sygnał, ponieważ autor kieruje od niedawna jedną z nielicznych polskich instytucji, których misją jest ten interes definiować. Co więcej, łączy szefostwo PISM z byciem ekspertem prywatnego think tanku w Waszyngtonie, za co tę funkcję powinien natychmiast utracić.
[srodtytul]Mitomani i maniacy[/srodtytul]
Zamiast zdobyć się na odrobinę wysiłku i polemizować z argumentami, pan Marcin Zaborowski jako swoich adwersarzy widzi prometeistycznych ideologów. A z ideologami polemika nie ma sensu. Czyli tradycyjnie mamy dyskusję po polsku: po jednej stronie pragmatyczny rozum, a po drugiej mitomani i maniacy. Jest to o tyle zabawne, że za ministrem Radosławem Sikorskim prometeizmem nazywa on tradycję konserwatywnego realizmu (sic!) – drugą (po endeckiej) polską tradycję dojrzałego myślenia o polityce międzynarodowej w XX w. Ja jednak mam wrażenie, że w jego tekście po jednej – tej zdeprecjonowanej – stronie są Adolf Bocheński i Jerzy Giedroyć, a po drugiej – afirmowanej – „bigosowanie”, zaprezentowane przez prezydenta Komorowskiego na jego niezapomnianym wykładzie w German Marshall Fund, oraz „trynd”. Innymi słowy, intelektualnymi fundamentami tekstu Marcina Zaborowskiego są „generalne trendy”, tendencje, „resety” i różne inne zwiędłe idee (w rodzaju G2), a nie długotrwale definiowany interes polskiego państwa i głębokie zrozumienie globalnych zmian.
[wyimek]To nie postkolonialny pragmatyzm, ale prometejski realizm jest dziś fundamentem pozytywnej koncepcji polskiego interesu narodowego[/wyimek]
Skoro bowiem jest on świadomy tego, że relacje potencjałów globalnych wracają do proporcji znanych przed XVIII wiekiem, a jednocześnie nie potrafi zastosować tego samego spostrzeżenia do Polski, to znaczy, że wciąż posługuje się postkolonialną mapą myślową. Wszak kiedy mówimy o „rewizji założeń, które nadawały kierunek naszej polityce”, to przede wszystkim musimy przez to rozumieć trudny powrót myślenia suwerennego, z interesem Polski w centrum. Czyli takiego, jakie ostatni raz było możliwe przed rozbiorami i zaraz po nich. Oznacza to również koniec paradygmatu integracyjnego – obojętnie, czy dotyczy on przymusowej integracji z RWPG czy dobrowolnej z UE. Głębokim prowincjonalizmem jest zatem ciche założenie tekstu Zaborowskiego, że dwuletnie (2005 – 2007) próby wpisania interesu Unii Europejskiej w polski interes narodowy należy dziś zastąpić doktryną Sikorskiego, tj. „wpisywaniem interesu narodowego w interes Unii Europejskiej” (według exposé ministra z 2008 r.). Czymże bowiem w praktyce jest interes Unii (czy NATO) oderwany od interesu państw, na których jest ona zbudowana – takich jak Niemcy, Francja czy Włochy?