Zabezpieczenie to nie spekulacja
Na początku pan Marek Rzewuski, mieszając pojęcia, twierdzi, że „ubezpieczając swoje ryzyko, banki brały udział w spekulacjach walutowych”. Rzecz bowiem w tym, że to, czy jakieś działanie jest zabezpieczeniem, czy spekulacją, zależy od tego, czy prowadzi do zmniejszenia, czy do zwiększenia ekspozycji na dany czynnik ryzyka (w przypadku kredytów walutowych tym czynnikiem jest ryzyko kursowe). Innymi słowy, ta sama transakcja nie może jednocześnie służyć zabezpieczeniu i spekulacji. W rzeczywistości banki dążyły do zrównoważenia aktywów walutowych (udzielonych kredytów walutowych) pasywami w tej samej walucie. Mogły to czynić zasadniczo na dwa sposoby: przez zaciągnięcie zobowiązań bezpośrednio w walucie obcej (przez linie kredytowe od swoich „matek” albo emisję instrumentów dłużnych) albo przez przekształcenie swoich zobowiązań złotowych przy użyciu walutowych instrumentów pochodnych. Bez względu na wybraną metodę neutralizacja ekspozycji walutowej była taka sama, a późniejsze zmiany kursu franka nie wynikały z tego, że banki korzystały chętniej z zabezpieczeń „syntetycznych” niż „fizycznych”.