Dlaczego strefa euro tkwi w stagnacji

Zarządzanie kryzysem w krajach Eurolandu sprowadzało się często do działań, które miały na celu uniknięcie lub opóźnienie głębokiej restrukturyzacji – piszą ekonomiści.

Publikacja: 27.10.2014 10:54

Gospodarka strefy ma wciąż mniejsze rozmiary niż przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego. W ciągu poprzednich sześciu lat kurczyła się w co drugim roku. ?W br. ma wzrosnąć o mniej niż 1 proc. Nadal jednak jest to druga gospodarka na świecie – o mniej niż jedną czwartą mniejsza niż gospodarka USA i o ponad jedną czwartą większa niż gospodarka Chin. Stąd też jej bardzo słabe wyniki i niewiele lepsze prognozy na nadchodzące lata przyciągają uwagę. Przynoszą one wiele fałszywych diagnoz i – w efekcie – recept.

Winna inflacja?

Szczególnie często za powolny wzrost obwinia się niską inflację, która ma grozić deflacją. Tyle że za spadek inflacji w strefie euro odpowiada przede wszystkim spadek do bardzo niskiego poziomu dynamiki cen energii, czyli dodatni wstrząs podażowy. Taki wstrząs redukuje inflację, ale jednocześnie sprzyja odbudowie łącznego popytu. Zamiast na energię gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa mogą wydawać swoje dochody na inne dobra. Ten wzrost zdolności gospodarstw i przedsiębiorstw do finansowania zakupów będzie tym silniejszy, im bardziej obniży się dynamika cen energii. Gdyby obniżyła się ona na tyle, że wystąpiłaby deflacja, to byłaby to pozytywna deflacja. Między bajki można włożyć twierdzenia, że płytka deflacja (której na razie nie ma w strefie euro) zniechęca gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa do zakupów. Skrajnym przykładem świadczącym o wątłości tego twierdzenia są zakupy elektroniki. Jej ceny potrafią spadać po kilkanaście proc. rocznie, a ludzie jakoś ją kupują zamiast zwlekać z zakupami.

Drugim ważnym czynnikiem obniżającym inflację w strefie euro jest spadek jednostkowych kosztów pracy w krajach peryferyjnych. Jest on im potrzebny do odbudowy konkurencyjności. Im będzie głębszy, tym odbudowa ta będzie szybsza i silniejsza. To źródło spadku inflacji jest więc również korzystne dla wzrostu strefy euro.

Do niskiej inflacji w strefie euro przyczynia się też jej niski poziom w Niemczech. Dzięki temu poprawie konkurencyjności krajów peryferyjnych nie towarzyszy osłabianie się konkurencyjności Niemiec wobec innych gospodarek niż kraje peryferyjne. Utrzymanie konkurencyjności przez Niemcy jest tym ważniejsze dla innych krajów strefy euro, że eksport przynajmniej części z nich silnie zależy od eksportu Niemiec. Ten czynnik „deflacyjny" też więc nie jest powodem do niepokoju.

Inną fałszywą diagnozą są rzekome nadmierne oszczędności w finansach publicznych w strefie euro. W większości jej krajów rządy zaczęły ich poszukiwać dopiero, gdy napotkały trudności ze znalezieniem chętnych na obligacje skarbowe i nie miały wyboru – musiały ograniczyć deficyt budżetu. Nadal jednak przekracza on 3 proc. PKB i jest większy niż przed wybuchem kryzysu. Po oczyszczeniu go ze skutków słabej koniunktury jest niższy niż przed kryzysem, ale zaledwie o nieco ponad 1 proc. PKB. Jego ograniczenie wynikało przy tym z podwyżek podatków. Wydatki publiczne wzrosły z 46 proc. PKB w 2007 roku do 51 proc. w br.

Żądania wobec Niemiec

Z tą fałszywą diagnozą są związane żądania wobec Niemiec, żeby zwiększyły deficyt budżetu i w ten sposób wsparły popyt w całej strefie euro. W żądaniach tych nie bierze się pod uwagę, że pozytywny bezpośredni skutek wzrostu wydatków w Niemczech dla innych gospodarek strefy euro byłby w dużej części zneutralizowany przez następstwa aprecjacji euro. Z symulacji przeprowadzonych przez Cwika i Wielanda wynika, że np. dla Włoch łączny efekt stymulacji popytu krajowego w Niemczech stałby się negatywny już w czwartym kwartale po stymulacji.

Od wybuchu globalnego kryzysu finansowego dokonuje się zresztą to, czego oczekują od Niemiec zwolennicy pobudzania popytu krajowego. Import Niemiec z pozostałych krajów strefy euro rośnie szybciej niż eksport Niemiec do tych krajów. Od 2007 roku nadwyżka handlowa Niemiec w wymianie z pozostałymi krajami strefy euro skurczyła się o połowę. Jeśli Niemcy zwiększają swoją nadwyżkę handlową, to w wymianie z krajami spoza strefy euro. Kraje strefy euro (a także nasz region) korzystają na tym, eksportując do Niemiec dobra pośrednie.

Kolejną, tyleż głośną, co fałszywą diagnozą jest „delewarowanie się" sektora prywatnego w strefie euro. W żadnym jej kraju nie osiągnęło ono wyjątkowej skali. Tam, gdzie było najsilniejsze, mianowicie w krajach nadbałtyckich, a ostatnio w krajach peryferyjnych, miało ono podobne tempo do „delewarowania" w Szwecji po kryzysie na początku lat 90. Jej doświadczenia są przywoływane jako przykład właściwego zarządzania kryzysem i szybkiego powrotu do zdrowego wzrostu gospodarczego.

Rzeczywistym zagrożeniem dla wzrostu w strefie euro nie jest deflacja, ale bańki spekulacyjne (np. na rynku obligacji), do których narastania przyczyniają się niekonwencjonalne działania EBC i innych głównych banków centralnych. Nie są nim oszczędności fiskalne, a wciąż chore finanse publiczne. Symptomem tej choroby jest dług publiczny, który w większości krajów strefy euro osiągnął poziomy nieobserwowane wcześniej w czasie pokoju. Jej źródłem są zaś rozdęte wydatki publiczne, które po wybuchu kryzysu jeszcze wzrosły.

Zbyt często zarządzanie kryzysem w krajach strefy euro sprowadzało się do działań, które miały na celu uniknięcie lub opóźnienie głębokiej restrukturyzacji, albo powodowały taki efekt uboczny. O tym, że restrukturyzacja odblokowuje wzrost, można się przekonać, porównując perspektywy wzrostu w poszczególnych krajach strefy euro. Nie wszędzie są one złe.

Wedle prognoz MFW w latach 2014–2019 PKB na mieszkańca ma rosnąć najszybciej w krajach nadbałtyckich. Pomimo załamania gospodarczego po wybuchu globalnego kryzysu finansowego, PKB na mieszkańca jest tam wyższy niż w 2008 roku. Jego łączny wzrost od 2008 roku był w tych krajach większy lub podobny jak w Stanach Zjednoczonych.

Spośród starych krajów członkowskich PKB na mieszkańca w latach 2014–2019 ma rosnąć najszybciej w Grecji. W ostatnich latach silnie ograniczyła ona deficyt budżetu i wprowadziła głębokie reformy strukturalne. Ponieważ rozpoczęła je z dużym opóźnieniem, a redukcja deficytu początkowo bazowała przede wszystkim na podwyżce podatków, PKB na mieszkańca jest tam o ponad 22 proc. niższy niż w 2008 roku.

Słabe perspektywy wzrostu rysują się przed gospodarką francuską. Stoi ona przed koniecznością głębokich dostosowań. Dług publiczny we Francji zbliża się do 100 proc. PKB. Jednocześnie w finansach publicznych występuje deficyt pierwotny, który w normalnych warunkach (tj. przy rentownościach obligacji skarbowych wyższych niż dynamika PKB) skutkowałby ciągłym przyrastaniem długu publicznego w relacji do PKB. Wydatki publiczne w relacji do PKB są najwyższe w całej UE.

 

Andrzej Rzońca jest członkiem Rady Polityki Pieniężnej

Piotr Ciżkowicz jest adiunktem SGH, wiceprezesem PKP SA

Opinie Ekonomiczne
Piotr Arak: Rosja w pułapce wysokich stóp procentowych
Materiał Promocyjny
Rośnie znaczenie magazynów energii dla systemu energetycznego i bezpieczeństwa kraju
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Politycy, odczepcie się od polityki pieniężnej
Opinie Ekonomiczne
Bogusław Chrabota: Jak się chronić przed złymi skutkami sztucznej inteligencji?
Opinie Ekonomiczne
Prof. dr hab. Andrzej K. Koźmiński: Cała władza w ręce miliarderów
Materiał Partnera
Kroki praktycznego wdrożenia i operowania projektem OZE w wymiarze lokalnym
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Prima aprilis przez cały rok
Materiał Promocyjny
Jak znaleźć nieruchomość w Warszawie i czy warto inwestować?