Gospodarka strefy ma wciąż mniejsze rozmiary niż przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego. W ciągu poprzednich sześciu lat kurczyła się w co drugim roku. ?W br. ma wzrosnąć o mniej niż 1 proc. Nadal jednak jest to druga gospodarka na świecie – o mniej niż jedną czwartą mniejsza niż gospodarka USA i o ponad jedną czwartą większa niż gospodarka Chin. Stąd też jej bardzo słabe wyniki i niewiele lepsze prognozy na nadchodzące lata przyciągają uwagę. Przynoszą one wiele fałszywych diagnoz i – w efekcie – recept.
Winna inflacja?
Szczególnie często za powolny wzrost obwinia się niską inflację, która ma grozić deflacją. Tyle że za spadek inflacji w strefie euro odpowiada przede wszystkim spadek do bardzo niskiego poziomu dynamiki cen energii, czyli dodatni wstrząs podażowy. Taki wstrząs redukuje inflację, ale jednocześnie sprzyja odbudowie łącznego popytu. Zamiast na energię gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa mogą wydawać swoje dochody na inne dobra. Ten wzrost zdolności gospodarstw i przedsiębiorstw do finansowania zakupów będzie tym silniejszy, im bardziej obniży się dynamika cen energii. Gdyby obniżyła się ona na tyle, że wystąpiłaby deflacja, to byłaby to pozytywna deflacja. Między bajki można włożyć twierdzenia, że płytka deflacja (której na razie nie ma w strefie euro) zniechęca gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa do zakupów. Skrajnym przykładem świadczącym o wątłości tego twierdzenia są zakupy elektroniki. Jej ceny potrafią spadać po kilkanaście proc. rocznie, a ludzie jakoś ją kupują zamiast zwlekać z zakupami.
Drugim ważnym czynnikiem obniżającym inflację w strefie euro jest spadek jednostkowych kosztów pracy w krajach peryferyjnych. Jest on im potrzebny do odbudowy konkurencyjności. Im będzie głębszy, tym odbudowa ta będzie szybsza i silniejsza. To źródło spadku inflacji jest więc również korzystne dla wzrostu strefy euro.
Do niskiej inflacji w strefie euro przyczynia się też jej niski poziom w Niemczech. Dzięki temu poprawie konkurencyjności krajów peryferyjnych nie towarzyszy osłabianie się konkurencyjności Niemiec wobec innych gospodarek niż kraje peryferyjne. Utrzymanie konkurencyjności przez Niemcy jest tym ważniejsze dla innych krajów strefy euro, że eksport przynajmniej części z nich silnie zależy od eksportu Niemiec. Ten czynnik „deflacyjny" też więc nie jest powodem do niepokoju.
Inną fałszywą diagnozą są rzekome nadmierne oszczędności w finansach publicznych w strefie euro. W większości jej krajów rządy zaczęły ich poszukiwać dopiero, gdy napotkały trudności ze znalezieniem chętnych na obligacje skarbowe i nie miały wyboru – musiały ograniczyć deficyt budżetu. Nadal jednak przekracza on 3 proc. PKB i jest większy niż przed wybuchem kryzysu. Po oczyszczeniu go ze skutków słabej koniunktury jest niższy niż przed kryzysem, ale zaledwie o nieco ponad 1 proc. PKB. Jego ograniczenie wynikało przy tym z podwyżek podatków. Wydatki publiczne wzrosły z 46 proc. PKB w 2007 roku do 51 proc. w br.