Już chyba nikt nie pamięta o zawieszeniu broni w Strefie Gazy, które przetrwało dwa miesiące. Od 18 marca mamy do czynienia z nową fazą wojny, którą rozpoczęły zmasowane izraelskie naloty, a potem doszła do tego operacja lądowa. Przez ten czas zginęło, według źródeł palestyńskich kontrolowanych przez Hamas, ponad tysiąc Palestyńczyków, w większości cywilów.
Od 2 kwietnia i ta nowa faza weszła w kolejny etap. W środę rano minister obrony Izrael Katz ogłosił nasilenie operacji militarnej. Zapowiedział także, że armia podbije „rozległe terytorium” i wcieli je do „stref bezpieczeństwa państwa izraelskiego”. Określenie „rozległe terytorium” brzmi dziwnie w odniesieniu do zamieszkanej przez 2,2 miliona Palestyńczyków Strefy Gazy, która ma maksymalnie 41 kilometrów z północy na południe, a od wschodu po Morze Śródziemne ledwie 7 do 12 kilometrów.
Czytaj więcej
Izraelski rząd nasila działania wojenne w Strefie Gazy i grozi Libanowi. Nasila też walkę z przec...
Nie jest jasne, jaka część Strefy Gazy ma się znaleźć pod bezpośrednią kontrolą Izraela. Katz okupacją fragmentów Strefy Gazy groził już w połowie marca, po wznowieniu wojny.
Czy to koniec marzeń o uwolnieniu izraelskich zakładników ze Strefy Gazy?
Wiadomo – piszą o tym izraelskie media – że nowa operacja koncentruje się na południu, w okolicach leżącego przy egipskiej granicy Rafah oraz drugiego co do wielkości miasta Strefy Gazy, Chan Junis. Już dwa dni wcześniej – w czasie Id al-Fitr, święta kończącego ramadan, czyli muzułmański miesiąc postu i refleksji – armia izraelska wezwała Palestyńczyków z rejonu Rafah, by opuścili ten teren i przenieśli się nad morze. Tłumacząc to koniecznością „zwalczania z wielką siłą” terrorystów z Hamasu, którzy są obecni przede wszystkim w miastach na południu.