Ludzie i nadludzie

Caster Semenya płaci cenę za to, że jest inna. A my wolimy, żeby wszyscy byli tacy sami, nawet sportowi nadludzie

Publikacja: 28.08.2009 20:22

Co zrobić z Caster Semenyą? Gdzie jest jej miejsce, między kobietami czy mężczyznami?

Co zrobić z Caster Semenyą? Gdzie jest jej miejsce, między kobietami czy mężczyznami?

Foto: Reuters

Najsmutniejsza scena lekkoatletycznych mistrzostw świata w Berlinie: Caster Semenya, 18-latka z RPA, wygrywa bieg na 800 metrów w doskonałym czasie, zostawiając najbliższą rywalkę o kilka metrów za sobą. Zwykle po tak bezapelacyjnym sukcesie sportowiec skacze z radości, zbiera gratulacje od konkurentów, pozuje do zdjęć. Semenya snuje się po bieżni ze spuszczoną głową, jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić, zażenowana całą sytuacją. Nikt nie spieszy z wylewnymi gratulacjami, ona drepcze w kółko przez chwilę, kamera śledzi jej każdy gest, obnażając jej skrępowanie. A może czekamy wszyscy na jakieś sensacyjne zachowanie mistrzyni? Mogłaby na przykład zdjąć majtki i rozwiać wątpliwości, które się pojawiły przed biegiem. Nie wiemy w końcu, czy to facet czy kobieta, mistrzyni czy mistrz może. Ale gdyby tak miliard ludzi na świecie zobaczyło w telewizji jej genitalia, to byłaby jednak inna rozmowa...

Wreszcie Semenya odbiera od kibica flagę swojego kraju i niechętnie przystępuje do rundy honorowej. Jakby sukces był dla niej karą, a jej największym marzeniem byłoby zapaść się pod ziemię. Albo wrócić na afrykańską wieś do rodziców i babci, wtulić się w ramiona najbliższych i przetrwać chwile, które dla 18-letniej dziewczyny musiały być szczytem upokorzenia.

A może nie trzeba nam żadnych testów na płeć, bo przecież zachowanie Semenyi w Berlinie to najlepszy dowód na to, że nie jest kobietą, prawda? Normalna kobieta, której płeć podano by w wątpliwość w tak barbarzyński sposób, dostałaby histerii i załamałaby się psychicznie, a Caster? Wygrywa jedną z najtrudniejszych konkurencji biegowych, nie pozostawiając najmniejszych wątpliwości, kto jest najlepszy. A może najlepsza?

[srodtytul]Dziwolągi na stadionach[/srodtytul]

W komentarzach na temat sprawy płci Caster Semenyi pojawiają się wątki medyczne, polityczne, filozoficzne, że nie wspomnę o, za przeproszeniem, genderowych, ale zanim o nich – warto popatrzeć na dwa, które dotyczą sfer znacznie mniej naukowych: ludzkiej zawiści i głupoty. Semenya nie podobała się swoim rywalkom, zwłaszcza Rosjance i Włoszce (na mecie miejsca piąte i szóste), które orzekły zgodnie, że jest mężczyzną. Z oczywistych względów sprawę podchwyciły media (bo to bardzo ciekawe, gdy jakaś kobieta może się okazać mężczyzną), a organizatorzy zawodów i międzynarodowe władze lekkoatletyczne IAAF na skutek swojego braku kompetencji nie potrafiły zapobiec wyciekowi informacji na temat testów na płeć prowadzonych na materiale zebranym od Semenyi. Podobno bezpośrednią przyczyną wycieku było wysłanie faksu z informacją na temat testów pod zły adres. W ten sposób świat dowiedział się o tym, że bieg na 800 metrów może wygrać dziwoląg, a nie kobieta.

Ciekawe, że nikt nie zainteresował się innymi dziwolągami na tych mistrzostwach. Usain Bolt pasuje mi profilem fizycznym do przybysza z planety Krypton i dopóki nie udowodni, że nim nie jest, nie uwierzę, że jest zwykłym Jamajczykiem. Gdy patrzyłem na kobiety startujące w finale skoku wzwyż, zastanawiałem się, jakim cudem istoty wyglądające jakby właśnie zostały przepuszczone przez wyżymaczki w pralce Frania, potrafią się wybić 2,5 metra do góry. Skąd w tych chudych nogach tyle siły? Już wcześniej zastanawiałem się, jak to możliwe, że zawodowi piłkarze, grając po trzy mecze w tygodniu, w trakcie których tracą po 3 – 4 kg, nie umierają po dwóch miesiącach. I dlaczego zasięg ramion Michaela Phelpsa jest prawie 8 centymetrów większy niż jego wzrost (u normalnego człowieka te odległości są takie same)? I dlaczego serce Lance’a Armstronga bije z szybkością 32 uderzeń na minutę, mimo że właściwie od kilkunastu lat powinien nie żyć?

Bo bierze niedozwolone środki, powiedzą wtajemniczeni, i ja się nawet mogę dla dobra dyskusji z tą tezą zgodzić (choć Armstrongowi ani wielu innym sportowym dziwolągom nigdy tego nie udowodniono), tylko dlaczego jedni, którzy biorą, są lepsi od innych, którzy biorą? Może dlatego, że po prostu są lepsi, a dzisiejszy sport jest konkurencją, w której, nie będąc dziwolągiem, wybrykiem albo inaczej cudem natury, masz szanse co najwyżej na czwarte miejsce, a i to pod warunkiem, że nie wpadniesz na kontroli antydopingowej?

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu, może 20 lat z sukcesem wyparliśmy że sportu przekonanie, że ciężka praca połączona z talentem prowadzi do sukcesów. Może i prowadzi, ale pod warunkiem, że oprócz wspomnianych cech natura dała ci fizyczną przewagę nad konkurentami. Zamiast współzawodnictwa równych mamy dziś w sporcie rekrutację typów odstających od normy i przetwarzanie ich w atletów. Owszem, ciągle zdarzają się wyjątki, zwłaszcza w dyscyplinach, w których dynamika musi się łączyć z siłą, a szybkość z wytrzymałością (np. piłkarskie karły w rodzaju Messiego czy Bojana), jednak istnienia trendu nie da się zignorować. Dzisiejsi lekkoatleci, piłkarze, koszykarze, pływacy są więksi, silniejsi, szybsi i bardziej wytrzymali od sportowców z dawnych czasów.

[srodtytul]Genetyka wyprze chemię[/srodtytul]

U podstaw tej przemiany leży oczywiście popyt: w finale męskich sprintów w Berlinie nikogo nie interesowało, kto wygra – wiadomo, że Bolt. Liczył się wyłącznie nowy rekord świata, bo tylko on, najlepiej wyśrubowany ponad granice ludzkiej wyobraźni, daje pewność, że pieniądze zainwestowane w sportowego dziwoląga przyniosą emocje, które specjaliści przerobią w kolejne miliony. Bolt zdał egzamin, teraz trzeba się zastanawiać co dalej.

No właśnie, gdzie prowadzi nasz niezaspokojony głód pokonywania przez innych ludzkich możliwości? To akurat łatwo przewidzieć – przećwiczyli to młodzi sportowcy NRD, którzy w latach 70. i 80. przeszli przez system produkcji sportowych brojlerów (programem trucia sztucznymi hormonami i innymi paskudztwami objętych było 10 tysięcy kandydatów na sportowców nadludzi). Niektórych z nich prowadziło to do sukcesów osiągniętych w nielegalny sposób, wielu do życiowych tragedii. Dziś hasła typu „sport to zdrowie”, „fair play” albo „najważniejszy jest udział” odnoszą się co najwyżej do zawodów przedszkolnych, a i to w młodszych grupach. Jednak produkcja sportowców dziwolągów bijących kosmiczne rekordy wcale nie musi być okupiona ceną, jaką zapłaciły dzieci sportowcy trute latami w NRD. Technologia poszła naprzód, wkrótce zapewne chemiczne wspomaganie organizmów zostanie zastąpione modyfikacją genetyczną przeprowadzoną na dzieciach, może jeszcze niemowlętach, za zgodą ich rodziców. W końcu który rodzic chciałby, by jego dziecko – wytypowane na sportowca – przegapiło szansę na życie pełne sukcesów i opływające w bogactwa?

Oczywiście, każdy z nas zapytany o to, czy chce realizacji opisanej wyżej wizji zawodowego sportu, odpowie z niesmakiem: nigdy! Jak rasowi hipokryci wychowani przez współczesny marketing wierzymy, że każdy może mieć wszystko, wystarczy tylko się postarać, znaleźć odpowiedni kredyt i żyć w przekonaniu, że nigdy nie trzeba będzie go spłacić. Chcemy, żeby Bolt biegał setkę w 9 sekund, a Armstrong wygrywał Tour de France w nieskończoność, a jednocześnie, żeby każdy z mistrzów był człowiekiem takim samym jak my, może trochę lepiej wytrenowanym i bardziej utalentowanym. Nie godzimy się na przekształcenie sportu w cyrk, a gdy w cyrk zmienia się na naszych oczach, to je zamykamy i udajemy, że nic się nie dzieje. Ciągle potrzebne są nam złudzenia, że sportowcy to ludzie, a nie roboty, i ciągle nie chcemy pozbywać się pewności co do granic ludzkich możliwości wynikających z natury.

[srodtytul]Caster wie, że jest kobietą[/srodtytul]

Tu wracamy do sprawy Caster Semenyi. Jest ona tak bardzo bulwersująca, bo wkracza w sferę, w której pewność i komfort psychiczny potrzebne są nam jak nigdzie indziej. Definiowanie siebie w kategoriach płci jest jednym z najbardziej pierwotnych odruchów. Można nie interesować się polityką, sportem, biznesem i religią, ale wszyscy potrafimy określić siebie jako kobietę lub mężczyznę, a osoby, które tego nie potrafią, uważamy za nieszczęśliwe ofiary losu, pomyłki matki natury. One też często uważają się za ofiary, a każda sfera niedopowiedzenia czy niejasności w dziedzinie płciowości, nawet tak współcześnie „oswojona” jak homoseksualizm, spotyka się ze sprzeciwem lub co najmniej zakłopotaniem ze strony większości społeczeństwa. Mężczyzna wygląda jak mężczyzna, kobieta wygląda jak kobieta. Zachowywać się mogą różnie, ale swojej płci nie oszukają, prawda?

Nieprawda. Wbrew naszym oczekiwaniom w dziedzinie ludzkiej płciowości natura bywa mglista i niejednoznaczna. Z typu chromosomów nie zawsze można wyczytać płeć człowieka, a nawet po wyczytaniu wszystkich danych i tak czasem nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy dana osoba jest kobietą czy mężczyzną. Natura nie wytycza prostych granic płci, to człowiek je tworzy, o czym najlepiej świadczy fakt, że obok endokrynologa czy genetyka w komisji badającej przypadek Semenyi zasiada psycholog. Psycholog ma decydować, czy południowoafrykańska biegaczka jest kobietą czy mężczyzną?! Do kompletu przydałby się jeszcze socjolog i powieściopisarz. Może wtedy za pomocą literackich metafor, moglibyśmy określić coś, czego w przypadku Caster Semenyi określić do końca się nie da.

A jednak Caster wie, że jest kobietą. Zawsze nią była, nawet jak strzelała bramki, grając w piłkę nożną, albo fascynowała się zapasami. Była dziewczynką, gdy bawiła się lalkami i gdy zrezygnowała z sukienek na rzecz spodni. Wszyscy jej bliscy wiedzą, że jest kobietą. Taką, co to biega szybciej niż chłopcy i lepiej od nich gra w piłkę. I jeszcze taką, co ma gruby głos, a teraz to już nawet włosy na ciele. I komu to przeszkadza? Nawet jeśli Semenya ma chromosom Y, to co to zmienia? Nawet jeśli, jak ostatnio ujawniono, jej poziom testosteronu trzykrotnie przekracza kobiecą normę? W czym jej chromosom Y albo testosteron stanowi większą przewagę nad konkurentami niż specyficzna konstrukcja włókien mięśniowych Usaina Bolta albo nadzwyczajna zdolność produkowania czerwonych ciałek u zwycięzcy biegów na 5 i 10 km Kenenisy Bekelego? Ludzie różnią się od siebie, Semenya jest, jaka jest, i inna nie będzie, a obłudne próby wepchnięcia jej w schemat naszych oczekiwań mogą co najwyżej spowodować kolejną ludzką tragedię, jakich w spor-cie było już wiele.

W dziedzinie, która przecież jak żadna inna opiera się na fizyczności, nie brak przykładów spustoszeń, do których może prowadzić igranie z poczuciem tożsamości płciowej albo też próby jej budowania czy kwestionowania. Enerdowskiej mistrzyni Europy w pchnięciu kulą z 1986 roku Heidi Krieger tak zniszczono organizm hormonami, że straciła świadomość własnej płci i pod koniec lat 90. zdecydowała się na operację, po której stała się mężczyzną. Kariera polskiej rekordzistki świata w biegu na 100 metrów Ewy Kłobukowskiej została zniszczona w 1967 roku po donosie działaczy NRD i ZSRR sugerującym, że nie jest kobietą (Kłobukowską zrehabilitowano dopiero w 2002 roku).

Przed trzema laty gehenna podobna do tej, którą przechodzi dziś Semenya, stała się udziałem indyjskiej biegaczki Santhi Soundarajan pozbawionej srebrnego medalu w biegu na 800 metrów na igrzyskach azjatyckich w 2006 roku. Soundarajan nie przeszła „testu na kobiecość” ze względu na schorzenie zwane zespołem niewrażliwości na androgeny. Osoba cierpiąca na tę przypadłość mimo obecności chromosomu Y może posiadać zewnętrzne żeńskie narządy płciowe i być kobietą. Sprawa Soundarajan toczy się do dziś, a jednym z jej skutków była – na szczęście nieudana – próba samobójcza podjęta przez hinduską lekkoatletkę we wrześniu ubiegłego roku.

Czy w zalewie bredni, które przetoczyły się przez południowoafrykańskie media (oskarżenia o spisek imperialistyczny i rasistowski przeciwko RPA), nie ma przypadkiem kropli sensu? Przecież naprawdę co druga sprinterka w berlińskich finałach wyglądała jak mężczyzna. 99 procent mężczyzn na świecie nie byłoby w stanie utrzymać się 20 metrów z którąkolwiek z finalistek biegów w Berlinie. Dlaczego akurat Caster Semenya miałaby być odstępstwem od normy w świecie, w którym odstępstwo jest normą? 20 lat temu podobne zarzuty pojawiły się, gdy na światowych bieżniach pobiegła Maria Mutola z Mozambiku, być może najlepsza biegaczka na 800 metrów w historii. Czy Semenya podobnie jak Mutola przez następne dwie dekady będzie się ścigać podejrzana o to, że jest mężczyzną?

Co zatem zrobić z Caster Semenyą? Gdzie jest jej miejsce, między kobietami czy mężczyznami? A może urządzimy specjalne zawody dla typów przekraczających granice naszych norm i oczekiwań? Mogłyby takie dziwolągi startować w przedbiegach przed zmaganiami prawdziwych nadludzi, którzy nie mącą nam w głowach i nie rodzą głupich podejrzeń, że życie nie jest jednak sprawiedliwe i nie każdy ma równe szanse.

Najsmutniejsza scena lekkoatletycznych mistrzostw świata w Berlinie: Caster Semenya, 18-latka z RPA, wygrywa bieg na 800 metrów w doskonałym czasie, zostawiając najbliższą rywalkę o kilka metrów za sobą. Zwykle po tak bezapelacyjnym sukcesie sportowiec skacze z radości, zbiera gratulacje od konkurentów, pozuje do zdjęć. Semenya snuje się po bieżni ze spuszczoną głową, jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić, zażenowana całą sytuacją. Nikt nie spieszy z wylewnymi gratulacjami, ona drepcze w kółko przez chwilę, kamera śledzi jej każdy gest, obnażając jej skrępowanie. A może czekamy wszyscy na jakieś sensacyjne zachowanie mistrzyni? Mogłaby na przykład zdjąć majtki i rozwiać wątpliwości, które się pojawiły przed biegiem. Nie wiemy w końcu, czy to facet czy kobieta, mistrzyni czy mistrz może. Ale gdyby tak miliard ludzi na świecie zobaczyło w telewizji jej genitalia, to byłaby jednak inna rozmowa...

Pozostało jeszcze 93% artykułu
Plus Minus
Wielka ewolucja w Niemczech i cztery inne upadające filary naszej rzeczywistości
Plus Minus
Piotr Zaremba: Czy faktycznie potrzebujemy nowej adaptacji „Lalki”?
Plus Minus
Mariusz Cieślik: Rocznica śmierci Jana Pawła II minęła w ciszy i obojętności
Plus Minus
Tomasz P. Terlikowski: Kościół niech dobrze przemyśli jedną lekcję religii w szkole
Materiał Partnera
Konieczność transformacji energetycznej i rola samorządów
Plus Minus
USA blisko objęć Rosji. Donald Trump ma podobne marzenie do Władimira Putina