Kolejka, formalizm, wielka łaska – to obraz przeciętnej osiedlowej przychodni. Problem chorego zaczyna się już w rejestracji, a kończy w aptece, gdy się okazuje, że źle postawiona przez lekarza kreska uniemożliwia wykupienie lekarstwa.
To jednak nic w porównaniu z chorobami poważniejszymi, wymagającymi specjalistycznego leczenia i drogich leków. A w konsekwencji – częstszych kontaktów ze służbą zdrowia. Bo nie jest żadną tajemnicą, że nasze państwo na leczenie chorych wydawać nie chce, a ponieważ jednak musi, stara się wydawać jak najmniej. Permanentna reforma służby zdrowia sprowadza się do jednego: do oszczędności, które oznaczają ograniczenie pomocy choremu. W myśl zasady: im mniej możemy pomóc i im więcej stwarzamy problemów, tym lepiej dla nas i budżetu. Ta idea zdaje się przyświecać ministerialnym urzędnikom i NFZ, którzy de facto decydują dziś o czyimś życiu bądź śmierci.
Na łamach „Rzeczpospolitej” opisujemy dziś historię człowieka z rakiem nerki. Choć przez 40 lat płacił składki zdrowotne, państwo nie jest w stanie sfinansować mu kuracji wartej 11 tys. zł miesięcznie, gdyż jego rak nie spełnia urzędniczych kryteriów. Owszem, jest śmiertelny, ale „niewłaściwie utkany”, a na dofinansowanie mogą liczyć jedynie chorzy z właściwie utkanym nowotworem. Człowiek zaprzestał kuracji, jest bliski śmierci.
Kryteria udzielania pomocy to tylko jeden ze sposobów na wypychanie chorego poza system publicznej służby zdrowia. Ograną, aczkolwiek skuteczną metodą jest żonglerka lekami na liście refundowanej. Niektóre medykamenty w ogóle na nią nie trafiają, bo są drogie, a choroba – rzadka. Chorzy, którzy mieli pecha na nią zapaść, są zdani na siebie.
Zdarza się również, że miejsce danego leku na liście zajmuje tańszy zamiennik. W zasadzie taki sam, tyle że nie pomaga. Bywa, że specyfik w ogóle jest usuwany. Co roku chwile grozy przeżywają więc chorzy na cukrzycę i astmę.
Są jeszcze urzędnicze komisje lub rady konsultacyjne, które mogą zakwestionować przyznaną przez lekarza pomoc i zdecydować o losie chorego.