Reklama

Trump, Xi Jinping i Putin tworzą nową mapę świata. Gdzie może dojść do konfliktów?

Ambicje imperialne Moskwy, Pekinu i Waszyngtonu zazębiają się w wielu miejscach świata. To musi pchać do konfliktu, który nie zawsze da się rozwiązać pokojowo.

Publikacja: 21.02.2025 06:01

Trump, Xi Jinping i Putin tworzą nową mapę świata. Gdzie może dojść do konfliktów?

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

To jest zasadniczo historia wielkiej porażki. Porażki Ameryki. Siła idei wolności sprawiła, że w 1989 r. rozpadł się blok wschodni, a dwa lata później sam Związek Radziecki. Jej ucieleśnieniem były Stany Zjednoczone. Francis Fukuyama ogłosił koniec historii, bo wydawało się, że cała ludzkość ma tylko jeden cel: żyć jak Ameryka.

W Europie, niczym niemożliwy do zatrzymania walec, NATO posuwało się na wschód, zakorzeniając w demokracji dawne satelity Moskwy. Ameryka Łacińska poza nielicznymi wyjątkami, jak Kuba czy Nikaragua, zrzucała w tym czasie okowy wojskowej dyktatury. W Azji wielkim szokiem była co prawda pacyfikacja buntu studentów na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, ale przecież większość ekspertów była przekonana, że to tylko wypadek przy pracy i Chiny w końcu pójdą śladami Korei Południowej czy Tajwanu, integrując się ze światem Zachodu. Nawet w Afryce Subsaharyjskiej po raz pierwszy liczba krajów demokratycznych zaczęła dorównywać dyktaturom. I one też chciały dołączyć do wolnego świata pod przywództwem Ameryki.

Zdesperowany takim biegiem spraw Władimir Putin na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w lutym 2007 r. ostrzegał przed budową „jednobiegunowego świata”, a więc takiego, którym niepodzielnie rządzi Waszyngton. Nikt go wtedy nie wziął na poważnie.

Czytaj więcej

Najważniejsze pytanie Ukraińców: czy wojna z Rosją skończy się w 2025 roku i za jaką cenę?

Donald Trump – prezydent, który „mówi Putinem”. Wszystko zależy od jego kaprysów

A jednak prawie 18 lat później to rosyjska wizja staje się wyznacznikiem dla świata. Amerykanie wybrali prezydenta, który „mówi Putinem”. Chce podbojów i stref wpływów. W swoich pierwszych wystąpieniach Donald Trump zapowiedział, że Stany Zjednoczone „muszą odzyskać” Kanał Panamski. Stwierdził, że Kanada stanie się „51. stanem Ameryki”, a jej premier Justin Trudeau zostanie sprowadzony do roli gubernatora. Ogłosił, że Grenlandia wkrótce będzie amerykańską wyspą. Zażądał nawet, aby Strefa Gazy, jeden z najbardziej zrujnowanych zakątków świata, przemienił się w amerykańskie terytorium zamorskie, gdzie w wizji dewelopera z Manhattanu „stanie wspaniała riwiera”. „Znów będziemy narodem zdobywców: takim, którego bogactwo i terytorium rośnie” – powiedział w mowie inauguracyjnej Trump. Ogłosił, że nosząca swoją nazwę znacznie wcześniej niż miało miejsce powstanie Stanów Zjednoczonych, Zatoka Meksykańska od teraz będzie widniała na mapach jako Zatoka Amerykańska. W ten sposób krwawe podboje Putina w Ukrainie jakby nabrały legitymizacji. Tym bardziej że amerykański prezydent chwycił za słuchawkę i rozmawiał z rosyjskim zbrodniarzem o losie Kijowa jak równy z równym.

Reklama
Reklama

Tymczasem Rosja ma 15 razy mniejszy dochód narodowy od USA. Na wsi żyje się tu tak, jak na amerykańskim Dzikim Zachodzie w XIX wieku. Dyktatura jest tak okrutna, że coraz bardziej przypomina ponure lata stalinizmu. Czemu więc amerykański przywódca znajduje w niej natchnienie? To pytanie zadaję jednemu z czołowych amerykańskich dziennikarzy telewizyjnych, który od lat obserwuje Trumpa z bliska, tak w Białym Domu czy prywatnej rezydencji na Florydzie, jak w trakcie zagranicznych podróży.

Protestujący podczas procesu impeachmentu prezydenta USA Donalda Trumpa na Kapitolu, Waszyngton, 29

Protestujący podczas procesu impeachmentu prezydenta USA Donalda Trumpa na Kapitolu, Waszyngton, 29 stycznia 2020 r.

Foto: BRENDAN SMIALOWSKI/AFP

To jest przede wszystkim showman, który musi każdego dnia być w środku uwagi. Nienawidzi „New York Timesa”, a przecież nic nie sprawia mu większej frajdy, jak własne zdjęcie na czołówce tego dziennika. W jego polityce nie ma żadnej strategii, żadnego celu poza jednym: błyszczeć – mówi „Plusowi Minusowi”.

W tę logikę sławy dla sławy, władzy dla władzy znakomicie wpisuje się zwalnianie ludzi czy zamykanie całych urzędów bez żadnego powodu, czy uprzedzenia. Testowanie limitów państwa prawa. Ale przede wszystkim podbój nowych terytoriów. Tak jak wśród nowojorskich deweloperów nie ma lepszego sposobu na pokazanie swojego sukcesu niż budowa drapacza chmur na Manhattanie, tak w rozumieniu Trumpa wśród przywódców świata szczytem sukcesu są zdobycze terytorialne i upokarzanie mniejszych państw. Na tej drodze prezydent przynajmniej na razie znajduje poklask swoich wyborców, bo w nacjonalistycznej gorączce znajdują oni ujście swych obaw o deklasację społeczną i utratę tożsamości Ameryki z powodu masowej, przede wszystkim latynoskiej, imigracji.

Xi Jinping miał jeden cel w swoich reformach. Chiny muszą stać się imperium

Logika podbojów Władimira Putina od początku była inna. W orędziu do narodu w 2005 r. powiedział, że XX wiek nie był świadkiem większej tragedii, jak rozpad Związku Radzieckiego. Tamto upokorzenie należało więc w jego opinii zmyć odbudową imperium.

Inaczej niż Francuzi czy Brytyjczycy, którzy pogodzili się jeszcze w latach 60. XX wieku z dekolonizacją, wizja Putina zyskała szeroki oddźwięk społeczny. Jednym z powodów było to, że poza krótkimi epizodami wolności za czasów rządu tymczasowego Aleksandra Kiereńskiego w 1917 roku czy prezydentury Borysa Jelcyna w latach 90. XX wieku Rosja przynajmniej od 400 lat jest nieodłącznie związana z ideą budowy imperium. Rosjanie widzą więc w tym kluczowy składnik swojej tożsamości. Ale innym powodem jest z pewnością kompromitacja w ich oczach idei liberalnej demokracji. Pierwsza dekada po rozpadzie ZSRR to przecież dla większości rosyjskiego społeczeństwa okres dramatycznego spadku poziomu życia i wzrostu przestępczości. Częścią winy Rosjanie obarczają za to Stany Zjednoczone, bo to amerykańscy ekonomiści na czele z Jeffreyem Sachsem radzili Moskwie pchnąć zupełnie nieprzygotowany do tego kraj w objęcia ultraliberalizmu.

Reklama
Reklama

Foto: Tomasz Sitarski

Z kolei do Chin współczesna idea podbojów terytorialnych i budowy strefy wpływów przyszła późno. Jej orędownikiem stał się Xi Jinping, przywódca kraju od 2013 r. Sięgnął do niej jednak dopiero parę lat później, w szczególności zapowiadając, że problem ponownej integracji Tajwanu z macierzą „nie może być już odłożony do następnego pokolenia”. To jednak tylko najbardziej spektakularny sygnał znacznie szerszej zmiany w polityce Chin. Jeszcze w latach 80. XX wieku Pekin odgrywał główną rolę tylko w jednym kraju, Albanii rządzonej przez Envera Hodżę. Dziś, jak twierdzi amerykański Scowcroft Center przy Atlantic Council w raporcie „China–US Competition. Measuring Global Influence” „Państwo Środka pozostaje najważniejszym patronem w 34 państwach świata.

Na taki zwrot Xi zdecydował się przynajmniej z dwóch powodów. Niezwykły rozwój Chin spowodował, że zdaniem Międzynarodowego Funduszu Walutowego przy uwzględnieniu realnej mocy nabywczej walut narodowych chińska gospodarka (29 bln USD) już niewiele odbiega skalą od amerykańskiej (37 bln USD). Przywódca KPCh uznał więc, że nadszedł moment pokazania prawdziwego celu reform rynkowych podjętych od końca lat 70. XX w. przez Denga Xiaoponga. Nigdy nie chodziło w nim o stopniową demokratyzację kraju i integrację z Zachodem, ale zbudowanie równej Ameryce potęgi. Sygnałem tego jest niezwykle szybki wzrost wydatków na zbrojenia, które osiągnęły w ubiegłym roku 296 mld USD, przynajmniej oficjalnie dwa razy więcej od budżetu na zbrojenia Rosji.

Ale paradoksalnie to także trudności gospodarcze Chin pchnęły Xi do wejścia na imperialną drogę. Tempo wzrostu gospodarki kraju zwolniło do 4–5 proc., bo zaczął szwankować model eksportu, a kraj jest zadłużony po uszy i nie może już sztucznymi metodami pompować wydatków, zwłaszcza w nieruchomości. Niepisana zasada dająca legitymizację komunistycznej dyktaturze w zamian za stałą poprawę poziomu życia społeczeństwa przestaje więc funkcjonować. Trzeba znaleźć inne uzasadnienie na brak wolności.

Czytaj więcej

Shaun Pinner: Przetrwałem Mariupol. Byłem w niewoli. Rosjanie mnie nie złamali

Imperialne ambicje Rosji nie mają końca. Władimir Putin nie cofnie się przed niczym

Świat jest za mały, aby pomieścić ambicje trzech tak głodnych sukcesu przywódców. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w Ukrainie. Administracja Joe Bidena udzieliła potężnego wsparcia Ukraińcom (około 120 mld USD pomocy wojskowej i humanitarnej) oficjalne w imieniu obrony świata wolności. W praktyce chodziło o coś więcej. Zbigniew Brzeziński wiele lat temu wskazywał, że bez Ukrainy Rosja przestaje być imperium. Dla Amerykanów było więc jasne, że podtrzymując Kijów, eliminują z gry groźnego konkurenta.

Reklama
Reklama

Czy Donald Trump pójdzie za tym tropem? Sygnały są na razie sprzeczne. W połowie lutego na spotkanie do Kijowa z Wołodymyrem Zełenskim pojechał sekretarz skarbu Scott Bessent. Przedstawił prezydentowi umowę o przejęciu przez Amerykę połowy złóż metali ziem rzadkich, która miałaby być kompensacją za rzekomo przekazane do tej pory Ukraińcom przez Stany Zjednoczone 500 mld USD. Propozycja została odrzucona przez Zełenskiego. Jednak gdyby traktować ją serio, oznaczałaby to, że Biały Dom nie tylko nie może się zgodzić na kolejne zdobycze terytorialne Putina, ale musi też doprowadzić do odbicia części dotychczasowych. Wspomniane złoża, słabo zresztą zbadane, znajdują się bowiem tuż przy linii frontu lub już poza nią, po stronie rosyjskiej.

Z drugiej jednak strony Trump nie tylko wyklucza przyjęcie Ukrainy do NATO, ale także udział Stanów Zjednoczonych w międzynarodowej misji rozjemczej, która nadzorowałaby wprowadzenie w życie warunków pokoju. Stąd obawa, że cała Ukraina może wpaść w zależność od Rosji. Szczególnie przykre są uwagi Trumpa pod adresem Zełenskiego, w których fałszywie zarzuca mu, że cieszy się on poparciem ledwie 4 proc. społeczeństwa i konieczne są nowe wybory. Brutalna krwawa rosyjska dyktatura mu nie przeszkadza tak długo, jak może być partnerem w dzieleniu świata.

Jednak stawka negocjacji, jakie podjęli w Rijadzie szefowie dyplomacji USA i Rosji Marco Rubio i Sergiej Ławrow, jest jeszcze większa. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow podkreślił, że Rosja nie zrezygnowała z postulatu wysuwanego przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę: wycofania wojsk alianckich z flanki wschodniej NATO. Sekretarz obrony Pete Hegseth na pytanie w tej sprawie w Warszawie nie wykluczył spełnienia rosyjskiego postulatu. Chodzi więc tak naprawdę o rozstrzygnięcie granic „ruskiego miru”: imperium, które chce odbudować Putin. Czy Warszawa, która przez ponad wiek była rosyjskim miastem gubernialnym, a przez większość XVIII wieku i połowę wieku XX pozostawała pod bezpośrednim wpływem Moskwy, jest objęta planem zbrodniarza z Kremla?

Już samo to pytanie wskazuje, jak niepostrzeżenie wchodzimy w sposób myślenia Putina. Nie ma w nim znaczenia wola wyborców, a tym bardziej prawodawstwo międzynarodowe. Liczy się prawo silniejszego. Na naszych oczach imperialna rywalizacja Rosji, Ameryki i Chin rozbija instytucje dawnego świata. Jedną z pierwszych idących w tym kierunku decyzji administracji Donalda Trumpa było wyjście USA z paryskiego porozumienia o ograniczeniu ocieplenia klimatu. To spowodowało efekt domina. Skoro amerykańskie firmy są uwolnione od ciężaru restrykcji ekologicznych i mogą korzystać z trzy, cztery razy niższych cen energii niż ich europejscy rywale, także Bruksela zaczęła wycofywać się z Zielonego Ładu. Tym bardziej że Chiny nigdy nie traktowały poważnie walki z ociepleniem klimatu. W ten sposób świat idzie ku ekologicznej katastrofie, która mimo wyobrażeń Waszyngtonu Pekinu i Moskwy nie zna granic. Efektem będą więc masowe fale migracji, bo coraz większa część globu, od Afryki po Bliski Wschód czy Meksyk, stanie się nie do życia. Czy odurzone nacjonalistyczną gorączką władze Ameryki, Rosji i Chin każą strzelać do biedaków szukających godnych warunków do życia? Inaczej niż w czasach Hitlera i Stalina w świecie mediów elektronicznych niczego przecież nie da się ukryć: informacja w czasie rzeczywistym dociera do miliardów.

Ale logika budowy stref wpływów sięga znacznie dalej. Coraz bardziej teoretyczne stają się reguły Światowej Organizacji Handlu (WHO), skoro każdego dnia Trump wprowadza lub straszy ustanowieniem zaporowych ceł dla niemal wszystkich partnerów handlowych. Być może jednak najbardziej bolesnym przejawem wejścia w czasy imperiów jest pogarda dla prawa międzynarodowego. Władimir Putin jest zbrodniarzem wojennym ściganym przez Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK). Nie przeszkadza to Trumpowi widzieć w nim pełnoprawnego partnera do negocjacji o losie Ukrainy. Tej logice uległa pośrednio i Polska: Donald Tusk tuż przed 80. rocznicą wyzwolenia Auschwitz uznał, że również ścigany przez MTK za pacyfikację Strefy Gazy Beniamin Netanjahu może bezpiecznie pojawić się w Polsce i nie zostanie aresztowany. Można to czytać tak, że premier woli pójść na kompromis ze sposobem myślenia Trumpa, byle nie poparł on otwarcie kandydata PiS w wyborach prezydenckich w maju.

Reklama
Reklama

Areną globalnego starcia będzie Pacyfik. Zaczął to już Joe Biden

Świat imperialnej rywalizacji, który rodzi się na naszych oczach, nie jest jednak tylko efektem działania Trumpa. Już trzy lata temu Joe Biden próbował przekonać zagranicznych przywódców do przyłączenia się do sankcji nałożonych na Rosję. Od Indii po Brazylię globalne Południe odmówiło. Najwyraźniej poczuło, że należy się właściwie ustawić w nowym świecie, gdzie liczą się wyłącznie interesy narodowe, a nie reguły współpracy międzynarodowej.

Czy jednak w ten sposób uda się części z tych krajów wymknąć spod kontroli Pekinu, Moskwy czy Waszyngtonu i zacząć budować własne imperia? Kluczowy będzie tu los Tajwanu. Xi Jinping czeka, jaki będzie finał wojny w Ukrainie. Jeśli się okaże, że Ameryka nie chce jej bronić, może dojść do wniosku, że nie przyjdzie też z odsieczą Tajwanowi. Górzysta wyspa jest co prawda uzbrojona po zęby, jednak rozmawiając z jej mieszkańcami, można mieć wątpliwości, czy będzie się bronić w razie chińskiej inwazji.

Upadek Tajwanu miałby przynajmniej równie dalekosiężne skutki co wojna w Ukrainie. Nagle pod znakiem zapytania stanęłaby wiarygodność sojuszy, jakie Ameryka buduje wzdłuż chińskiego wybrzeża od II wojny światowej: od Japonii, przez Koreę Południową, po Filipiny. Seul od dawna ma w tyle głowy taką ewentualność, zbrojąc się na potęgę. Chce, aby inwazja kraju okazała się dla Pekinu tak kosztowna, że nawet bez interwencji Ameryki nie byłaby dla Chińczyków opłacalna. Podwajając budżet na obronę, Japonia dopiero wchodzi na tę drogę. Upadek Tajwanu uwolniłby jednak konfrontację Chin i Ameryki o skali dalece wykraczającej poza Filipiny, Japonię czy Koreę Południową. Jej stawką byłby największy akwen globu: Pacyfik. W grze znalazłaby się przyszłość międzynarodowego handlu. A więc i globalizacja. Wielu ekspertów uważa, że gwałtownie zwiększając wydatki na zbrojenia (to blisko 300 mld USD w 2024 r.), Xi szykuje się do tej wielkiej rozgrywki.

Plan Pekinu jest jednak bardziej finezyjny od moskiewskiego. Czerpie natchnienie z trwającego tysiące lat koncentrycznego systemu cesarskich Chin. Państwa Środka otoczonego satelitami, z którymi łączą je różne układy zależności. Dziś takim instrumentem subordynowania mniejszych partnerów jest m.in. idea Jednego Szlaku i Jednej Drogi Xi Jinpinga. Pozwala na przejęcie przez Chińczyków strategicznej infrastruktury, jak portu Pireus należącego do zdruzgotanej kryzysem finansowym Grecji. Pekin znakomicie opanował też sztukę wpychania słabszych państw w zależność spowodowaną zobowiązaniami za zbudowaną infrastrukturę. W innym przypadku chodzi o szachowanie wspólnym wrogiem. Na obopólnej wrogości do Indii są więc zbudowane ścisłe relacje Chin z Pakistanem, a także coraz większe wpływy, jakie Chińczycy mają w zdesperowanej, szukającej choć minimalnego pola manewru wobec Kremla Białorusi. Wydaje się, że Chiny nie zamierzają natomiast bezpośrednia anektować uzależnionych terytoriów (poza Tajwanem). Chcą utrzymać kraj, którego przytłaczająca większość mieszkańców to Hanowie.

Ale i Rosja poza odbudową „ruskiego miru” stara się odbudować „zewnętrzne imperium” na podstawie systemu zależności. Zaczęło się od Syrii. Putin zbudował tu bazę pozwalająca na wyjście na ciepłe morza, gdy się okazało, że Barack Obama nie jest zainteresowany losem dyktatury Baszara Asada. To był początek niezwykłej ekspansji Rosji na terenach dawnego francuskiego imperium kolonialnego w krajach Sahelu. Moskwa, inaczej niż Paryż, nie domagała się przestrzegania minimalnych demokratycznych reguł przez afrykańskich przywódców. Nie musząc liczyć się z opinią publiczną w kraju, Putin mógł też przeznaczać część środków budżetowych na ekspansję w dalekich krajach zamorskich.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: U J.D. Vance'a pokora została zastąpiona butą wiceprezydenta

W starciu z Donaldem Trumpem Europa musi wykazać się dojrzałością

Znacznie trudniej jest rozszyfrować mocarstwowe plany amerykańskiej administracji. W ciągu niespełna miesiąca u władzy Donald Trump otworzył liczne fronty. Szczególnie poważnie są traktowane jego groźby wobec Grenlandii. Premier sprawującej nad tą wyspą zwierzchność Danii Mette Frederiksen przeprowadziła w tej sprawie długą rozmowę telefoniczną z Trumpem. Wyraziła w jej trakcie gotowość pójścia na wiele ustępstw wobec Stanów Zjednoczonych: w sprawie stacjonowania amerykańskich wojsk, eksploatacji surowców naturalnych, korzystania ze szlaków morskich wokół wyspy. To jednak prezydentowi USA nie wystarczyło. Domagał się całkowitej aneksji wyspy i nie wykluczał w tym celu użycia siły. Grenlandia ma strategiczne znaczenie w rywalizacji USA z Rosją i Chinami o dostęp do bogactw Arktyki.

Inaczej wygląda sprawa Kanału Panamskiego. Trump zapowiedział jego „odzyskanie”, co jednak nie jest możliwe, gdyby trzymać się zapisów traktatu podpisanego z tym krajem przez Jimmy’ego Cartera. Obecny prezydent USA twierdzi, że nie ma innego wyjścia, bo ten kluczowy akwen, którego ruch jest w trzech czwartych zapewniony przez amerykańskie statki, został przejęty przez Chiny. To nie jest prawdą, podobnie jak zarzut, że władze kanału stosują zawyżone stawki wobec armatorów z USA. Panama nie ma sił zbrojnych, teoretycznie więc siłowe przejęcie kraju byłoby dla Waszyngtonu proste. Spowodowałoby jednak bardzo silną reakcję w całej Ameryce Łacińskiej, gdzie już teraz część sojuszników USA, jak Kolumbia, jest bardzo urażonych sposobem, w jaki nowa administracja traktuje nielegalnych latynoskich imigrantów.

Bezkresne tereny od Meksyku aż po Argentynę i Chile stają się areną coraz ostrzejszej rywalizacji między Ameryką a Rosją (która zachowuje istotne wpływy w Wenezueli, na Kubie i w Nikaragui), ale przede wszystkim z Chinami. O znaczeniu tego regionu świata świadczy choćby fakt, że po zaprzysiężeniu prezydenta Argentyny Javiera Mileia Trump przyjął go jako pierwszego zagranicznego przywódcę.

Jeszcze poważniejsze skutki miałoby spełnienie planów Trumpa w kwestii aneksji Kanady. – Prezydent nie żartuje, mówiąc o utworzeniu 51. stanu USA – zapewniał sekretarz stanu Marco Rubio. Sam Trump wielokrotnie nazywał kanadyjskiego premiera Justina Trudeau „gubernatorem”. Na tym etapie wydaje się jednak, że był to instynktowny ruch w odpowiedzi na sprzeciw Ottawy przed wprowadzeniem przez Biały Dom karnych ceł, choć po obu stronach granicy rozpętała się nacjonalistyczna gorączka o trudnych do przewidzenia skutkach.

Reklama
Reklama

Niewątpliwie najbardziej drastyczny ruch Trumpa odnosi się do Strefy Gazy. Zakłada przecież czystki etniczne: przeniesienie około 2 milionów Palestyńczyków do Egiptu czy Jordanii. Wbrew ich woli i woli potencjalnych gospodarzy. Beniamin Netanjahu powołał już jednak specjalną jednostkę w rządzie, która miałaby przeprowadzić taką operację.

Nie wszystkie części świata muszą być jednak przypisane do amerykańskiej, chińskiej i rosyjskiej strefy wpływów. Brazylia, Indie czy Indonezja starają się utrzymać niezależność. Nigdzie nie przybiera to jednak bardziej spektakularnego kształtu niż w Europie. Jako całość ma ona porównywalną do Ameryki gospodarkę. Jednak nawet w obliczu porozumienia Trumpa z Putinem ponad głowami Ukraińców i Europejczyków w sprawie losu Kijowa, przywódcy europejscy nie byli w stanie na szczycie w Paryżu uzgodnić wspólnej misji rozjemczej gwarantującej zachowanie pokojowych ustaleń. Polska, Niemcy, Hiszpania i Włochy odmówiły przyłączenia się do francusko-brytyjskiej inicjatywy w tym względzie. W ten sposób wywiązał się swoisty wyścig z czasem. Albo Europa zdoła wybić się na dojrzałość i stać się samodzielnym graczem na arenie międzynarodowej, albo może okazać się polem walki o wpływy Waszyngtonu, Pekinu i Moskwy.

Będą się liczyły tylko światowe mocarstwa i ich strefy wpływów

Budowa świata opartego na imperialnej rywalizacji może jednak szybko zakończyć się tragicznie przynajmniej z trzech powodów. Przede wszystkim bardzo realny staje się wyścig o zdobycie broni jądrowej. Wiele niepewnych o swoją przyszłość państw będzie przecież starało się pójść w ślady Izraela, Indii czy Pakistanu i wbrew traktatom o nierozprzestrzenianiu się sił atomowych postara się zdobyć broń masowego rażenia. Ryzyko konfliktu światowego tym samym gwałtownie wzrośnie wraz z możliwością przedostania się tego typu uzbrojenia do rąk grup terrorystycznych.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Rosja świetnie się bawi przy ingerowaniu w wybory. Czy demokracja przetrwa?

Innym zagrożeniem jest sama przemiana krajów mających ambicje imperialne. Wojna czy nawet zbrojenia wymagają poświęceń. Nie są więc popularne, co prowadzi do ograniczenia przez władze wolności czy wręcz budowy brutalnej dyktatury. To widać dziś najlepiej w Rosji, która już całkowicie przeszła na gospodarkę wojenną. Ale także w Chinach, gdzie Xi zbudował system kontroli politycznej, którego nie widziano tu od Mao Zedonga. Jednak działaniami Trumpa zagrożone jest nawet państwo prawa w samych Stanach Zjednoczonych. Rodzi się układ, w którym wola pojedynczego przywódcy rozstrzyga o strategicznym kierunku rozwoju państw. To siłą rzeczy nie może być stabilne.

Wreszcie ambicje imperialne Moskwy, Pekinu i Waszyngtonu zazębiają się w wielu miejscach świata. To musi pchać do konfliktu, który nie zawsze da się rozwiązać pokojowo. Poprzedni wiek imperiów trwał blisko 100 lat, od kongresu wiedeńskiego do wybuchu pierwszej wojny światowej. Dzisiejszy raczej tak długo nie wytrzyma.

Plus Minus
„Posłuchaj Plus Minus”: Nie będzie łatwego zakończenia wojny Rosji i Ukrainy
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Plus Minus
„Cisza i zgiełk obrazów”: Wyłonione ze zgiełku
Plus Minus
„Aces of Thunder”: Lataj ostrożnie!
Plus Minus
„O krok za daleko”: Dobry, prosty kryminał
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama