Jest pewne, że rola, jaką odgrywają dopłaty bezpośrednie w dochodach rolników, powinna być po 2013 r. inna niż obecnie – uznała unijna komisarz ds. rolnictwa Mariann Fischer Boel. To zła wiadomość dla Polski. Na pierwszy ogień reform mają pójść dopłaty obszarowe do ziemi, w ramach których nasi rolnicy dostali w ubiegłym roku ok. 9 mld zł.
Komisarz oceniła, że już pod koniec przyszłego roku powstanie koncepcja zmian w polityce rolnej. – Kryzys gospodarczy zmusza głównych płatników do unijnego budżetu do oszczędności. Niemcy, którzy płacą na rolnictwo aż 0,4 proc. swojego PKB, chcą takiej reformy polityki rolnej, która zapewni im mniejsze wydatki – tłumaczy wiceminister rolnictwa Andrzej Dycha.
Na nieformalnym spotkaniu unijnych ministrów rolnictwa w ubiegłym tygodniu w Brnie padły wstępne propozycje zmian. Najbardziej radykalną wersję zaproponowali Brytyjczycy, którym dopłaty bezpośrednie kojarzą się głównie z pieniędzmi, jakie pobiera za swoje włości królowa brytyjska (ponad
0,5 mln funtów rocznie). Dlatego chcą stopniowej likwidacji dopłat bezpośrednich. Miałyby one być zmniejszane z obecnego poziomu do całkowitego wygaśnięcia. – Stanowisko brytyjskie nie zyska poparcia większości państw. Francja chciałaby utrzymania maksymalnego wsparcia rolnictwa z unijnego budżetu, ale na to także raczej nie ma szans – ocenia Dycha.
Polska przygotowała propozycję dotyczącą wspólnej polityki rolnej po 2013 r. We wtorek miał ją przyjąć rząd, ale dyskusja została przesunięta na przyszły tydzień. Głównym punktem polskiej strategii jest zapewnienie równych warunków konkurencji rolnikom ze wszystkich państw członkowskich. – W każdym kraju są inne koszty pracy, ceny ziemi, a także inne problemy z ochroną gleby, dlatego trudno jest całkowicie zrównać płatności. Polskie stanowisko stwarza duże możliwości negocjacji – zaznacza Andrzej Babuchowski, radca w polskim przedstawicielstwie w UE.