Bart De Wever to gwiazda flamandzkiej polityki. Wszechobecny w mediach, równie dobrze jak w kuluarach parlamentu czuje się w programach rozrywkowych. Nie stroni od prowokacji, o czym świadczy słynna okładka tygodnika, na której próbuje przeciąć wstęgę w barwach narodowych na piersiach belgijskiej miss piękności. Według sondaży jego partia Nowy Sojusz Flamandzki (NVA) ma 18 proc. poparcia we Flandrii. Jeszcze kilka lat temu głosowało na nią nie więcej niż 5 proc. wyborców.
Teraz De Wever znów bryluje w mediach i stawia ostre tezy. „Pozwólcie Belgii wyparować” – tak zatytułowany jest wywiad, którego udzielił holenderskiemu dziennikowi „De Trouw“. W wywiadzie on sam cytuje brytyjskiego dziennikarza, który miał napisać, że jeśli Belgia zniknie, to nikt tego nie zauważy. I dodaje: „Ja z pewnością nie uronię łzy”.
Sondaż opublikowany przez dziennik „La Libre Belgique” pokazuje, że we Flandrii partie, które mają w programie niezależność tego regionu, mają już ponad 40 proc. poparcia. Do 18 proc. dla NVA dochodzi 17 proc. dla ksenofobicznego Vlaams Belang i 5 proc. dla populistycznej Listy Dedeckera. – To nie znaczy, że powstanie koalicja separatystów. Nie sądzę, by NVA związało się z Vlaams Belang. Będą mu przeszkadzały hasła rasistowskie – mówi „Rz” Dave Sinardet, politolog z Uniwersytetu w Antwerpii. Zauważa, że 40 proc. poparcia dla trzech partii nie oznacza 40 proc. poparcia dla niepodległości Flandrii. Badania pokazują, że niewielu wyborców przejmuje się podziałem na niderlandzkojęzyczną Flandrię i francuskojęzyczną Walonię, który tak rozpala wyobraźnię polityków.
We Flandrii tylko 10 proc. mieszkańców życzyłoby sobie podziału. – Ale i tak pozwala to zadać pytanie, czym się kierują. Bo we francuskojęzycznej społeczności nikt nie jest zainteresowany podziałem kraju – mówi Regis Dandoy, politolog z brukselskiego uniwersytetu ULB. Dandoy nie ma wątpliwości: po następnych wyborach federalnych w 2011 roku musi dojść do kolejnych reform. Ostatnia poważna zmiana ustroju państwa miała miejsce dziesięć lat temu. Teraz trzeba zdecydować o większej autonomii regionów, bo tego chcą Flamandowie, a więc 60 proc. mieszkańców państwa. – Jeszcze nie podział kraju. Ale za 30 - 40 lat, kto wie? – zastanawia się Dandoy.
Żądania większej autonomii, a w skrajnym wypadku nawet tendencje separatystyczne, silniejsze są w przypadku Flamandów niż Walonów. Częściowo ma to uzasadnienie ekonomiczne: położona na północy Flandria, inaczej niż kilkadziesiąt lat temu, jest dziś znacznie bogatsza niż leżąca na południu Walonia. Flamandów denerwuje, że ich rodacy z południa nie chcą przeprowadzać kosztownych reform. Różnice w podejściu znajdują odzwierciedlenie w wynikach wyborów. We Flandrii od lat rządzi prawica lub liberałowie, Walonia to twierdza socjalistów.