Gdy w 2000 r. powstał Instytut Kultury Polskiej w Nowym Jorku, została pani zastępczynią dyrektora odpowiedzialną za program w zakresie sztuki. Jako dyrektorka Instytutu rozwijała pani współpracę, której rezultatem jest zorganizowana w MoMa wystawa. Jak dobrze znano wówczas w Ameryce twórczość zmarłej w 1973 r. Szapocznikow?
– Nie było najmniejszego zainteresowania sztuką Europy Środkowej i Wschodniej. Gdy próbowałam zwrócić uwagę na Szapocznikow, reakcja była następująca: „Opowiadasz nam o artystce, która umarła kilka dekad temu, a my jej nie znamy. To znaczy, że nie była dobra". Zupełnie, jakby nigdy nie istniała żelazna kurtyna.
Dlaczego postanowiła pani promować Szapocznikow?
– Zainteresowałam się jej sztuką już jako studentka. Dlatego od początku dążyłam do tego, żeby Szapocznikow miała wystawę indywidualną w MoMa. Od 50 lat nie prezentowano tam sztuki z naszej części świata.
Dużą trudnością był fakt, że najlepsze muzea, w tym MoMa, nie prezentują wystaw artystów, których dzieł nie mają w swoich kolekcjach. A w kolekcji MoMa nie było ani jednej pracy Szapocznikow. Zanim jeszcze podejmie się próbę przekonania publiczności do zapoznania się z nowym nazwiskiem, trzeba przekonać radę muzeum. A w niej zazwyczaj zasiadają kolekcjonerzy sztuki, którzy dokonują darowizn na rzecz muzeum z nadzieją, że to właśnie ich prace zostaną wystawione.