4 zł tygodniowo przez rok !
Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL z The New York Times.
Autentyczne dziennikarstwo na cały rok.
Kliknij i poznaj szczegóły oferty
Piastowałem nasze cenne, zrekonstruowane jajo na kolanach w pełnej przechyłów i wstrząsów drodze powrotnej znad koryta Linty przez usiane kamieniami wzgórza i didierowe lasy. Jechaliśmy z powrotem na północ do Ampanihy i dalej, lepszymi już drogami, na zachód w kierunku Zatoki św. Augustyna i miasta Tuléar (na Madagaskarze – red.).
Wzdłuż wybrzeża, zarówno na północ, jak i na południe od Tuléaru, znajduje się kilka słonych jezior, o których w Tananarywie słyszeliśmy, że nawiedzają je stada flamingów. Pierwsze, które odwiedziliśmy, leżało na południu i nosiło niemożliwą do wymówienia nazwę Tsimanampetsotsa. Żeby do niego dotrzeć, musieliśmy przepłynąć promem przez rzekę Onilahy, na południe od miasta, po czym jechać przez cały dzień poprzez niekończące się wydmy z osuwającego się piasku. Jezioro okazało się długim na półtora kilometra zbiornikiem, wypełnionym zjadliwie gorzką, mętną wodą; na jego środku, daleko poza zasięgiem naszych obiektywów, ujrzeliśmy grupę mniej więcej stu flamingów – drobnych, kościstych sylwetek przesuwających się powoli w zamglonym od gorąca powietrzu. Było to wielce rozczarowujące. Nie tylko nie można było dostać się w pobliże ptaków, ale i liczebność stada była nieznaczna w porównaniu z ogromnymi zgromadzeniami, liczącymi setki tysięcy ptaków, często nawiedzającymi słone jeziora we wschodniej Afryce.
Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL z The New York Times.
Autentyczne dziennikarstwo na cały rok.
Kliknij i poznaj szczegóły oferty
Najlepszą częścią pożegnalnego albumu Megadeth są utwory spokojniejsze i bardziej refleksyjne.
Książkę Pawła Sołtysa czyta się z przyjemnością. Można na raz, można na wyrywki, można wypisywać co piękniejsze...
„Karakum” to okazja, by poprowadzić własną karawanę…
Norwegia miała trolle i się tym chwali. Nic, tylko brać przykład.