Mur obronny usypany z męskich majtek, środków na przeczyszczenie czy starego, zaczytanego na lewą stronę egzemplarza „Anny Kareniny”. Wieża, zamiast z kości słoniowej to z konkretów, namacalnych, intymnych – ale nie w tym duszno-erotycznym, tylko raczej po dziecinnemu zawstydzonym sensie. To z niej ostrzeliwał się całe życie, a przynajmniej większą jego część, zmarły przed tygodniem Milan Kundera. Robił to w imieniu nie tylko „braci Czechów”, ale nas wszystkich, wspólnego losu, któremu na imię „Europa Środkowa”.
Czytaj więcej
Czy uczestniczący w zamieszkach niszczyliby francuskie pomniki i zabytki tak lekką ręką, gdyby wcześniej nie otoczyła tych wszystkich artefaktów obojętność i zapomnienie?
Tego dziwnego tworu, będącego wiecznie pomiędzy: Wschodem i Zachodem, barbarzyństwem i cywilizacją, Rosją i Niemcami. Obszaru – obietnicy, regionu – eksperymentu, na który zawsze ktoś ma swój pomysł. I ustala go, konsultuje, bynajmniej nie z nami, którzy tu żyjemy, tylko z autorem konkurencyjnego business planu. Oświeceniowa Europa widziała w nas dzikusów, na których można wypróbować swoją koncepcję cywilizacji; im bardziej byliśmy barbarzyńcami, tym mocniej oni (Zachód, ten mityczny, do którego zawsze tęsknimy i wiecznie nadganiamy) osadzali się w swoim poczuciu wyższości. Paternalizmie, wyrozumiale tworzącym rozwiązania, pomysły i urządzania, jakie mieliśmy zastosować w swoim rezerwacie. Pytając zawsze o zgodę i konsultując każdy krok z Wielkim Innym, Europejczykiem przez gargantuicznych rozmiarów „E”. A z drugiej strony był też on, Wschód, przed którym zawsze uciekamy. I dla którego jesteśmy przyczółkiem, drzwiami, przez które próbuje wejść do Europy, a jeśli zostanie przez nie wyrzucony to możemy być i oknem, przez które będzie i tak próbował przeleźć.
Kundera bronił ich obydwu – prozy i Europy Środkowej – równolegle. Tego sposobu nie tylko pisania, ale życia, który realizuje się i rozgrywa na poziomie tego, co konkretne i dotykalne, a nie wielkie i niebotyczne.
Tak czy inaczej, zawsze ktoś ma na nas pomysł, plan dobry na tyle, na ile potężna jest zabezpieczająca jego realizację siła. Zawsze większa od naszej, miażdżąca gąsienicami nasz własny, autorski pomysł na samych siebie, jak wojska Układu Warszawskiego ulice i chodniki Pragi w 1968 roku. I gdzieś tam kołacze się w związku z tym w środkowoeuropejskiej głowie myśl, a raczej pokusa: może rzeczywiście obstawić któregoś z tych dwóch koni – dzikiego i narowistego ze Wschodu, czy wyniosłego, przeczystej krwi, maszerującego dumnie po zachodnich brukach. Zsiąść ze środkowoeuropejskiej kobyły, odesłać na zasłużony odpoczynek – do rzeźni historii, przerobić na koninę sentymentów i cepelii.