Niemal w każdy weekend spaceruję po jednym z warszawskich rodzinnych ogrodów działkowych. Oczywiście, o ile uda mi się sforsować bramkę, zwykle zamkniętą dla postronnych, wymagającą klucza lub kodu udostępnianego jedynie użytkownikom poszczególnych parceli. Gdy moje dzieci były małe, wślizgnięcie się było stosunkowo łatwe, w końcu kto nie wpuści matki z wózkiem. Teraz często jestem mierzona od stóp do głów, niczym intruz, który może wtargnąć i narobić szkód.

Jednocześnie widzę, jak coraz bardziej zmieniają się ogródki i ich posiadacze. Nie, nie mam żadnych statystyk, opieram się na własnych obserwacjach. Być może to specyfika stolicy, w której ROD-y, zwłaszcza te zlokalizowane bliżej centrum, stały się oazą dla młodych mieszczuchów, wystawiających grille i dmuchane baseny. Oczywiście obok domków, które coraz mniej przypominają działkowe altany, a coraz bardziej całoroczne, szczelnie otoczone wysokimi tujami budynki o parametrach wyraźnie wykraczających poza to, co zgodnie z przepisami dopuszczalne w tego typu lokalizacjach.

Czytaj więcej

Opłaty za grunty biją działkowców po kieszeni. Miasta nie odpuszczają

Czy rodzinne ogrody działkowe powinny być zlokalizowane w centrach miast?

Nie chcę generalizować. Z pewnością ogródki wciąż są miejscem wytchnienia dla tysięcy starszych i mniej zasobnych osób. Nie mam też nic przeciwko temu, by ci, których na to dziś stać, kupowali sobie prawo użytkowania parceli w ROD (przypominam, że nie ma tu automatyzmu, a zarząd ogrodu może nie zgodzić się na transakcję). Nie rozumiem jednak, dlaczego mam bezrefleksyjnie akceptować sytuację, w której często najatrakcyjniejsze (czytaj: najdroższe i najlepiej zlokalizowane) tereny w mieście służą nielicznym i to praktycznie za bezcen. Nie postuluję likwidacji czy prywatyzacji ROD i, jak niektórzy, przeznaczenia tych terenów np. pod inwestycje mieszkaniowe, choć, tak na zdrowy rozum, w mieście budowa nowych mieszkań w dobrze skomunikowanych rejonach wydaje się być sprawą większej wagi niż uprawianie marchewki bądź kwiatków.

Ale przeciwnie – doceniam walory rodzinnych ogrodów i fakt, że są częścią miejskiej zieleni, służą rekreacji i odpoczynkowi. Wolałabym jednak, by ów odpoczynek mógł się stawać udziałem jak największej grupy mieszkańców. A skoro w miejscach, które z powodzeniem mogłyby służyć jako ogólnodostępne parki czy skwery, mamy na wpół zamknięte enklawy dla wybrańców – nie dziwmy się, że samorządy upominają się o opłaty za użytkowanie wieczyste. I to w najwyższej stawce. Cisza, spokój i przyjemność siedzenia na leżaku na „własnym” kawałku trawnika bez konieczności wyjeżdżania poza miasto to po prostu luksus. A luksus zwykle kosztuje.

Czytaj więcej

Czego nie wolno robić na działce ROD? Lista zakazanych czynności jest długa