Zrealizowany w ubiegłym roku film,, Syria — dzieci wojny" Marcela Mettelsiefena pokazuje dzieci z Aleppo, jednego z największych miast tego kraju. „Tworzą pokolenie, którego życie zdefiniowała wojna" – słyszymy w odautorskim komentarzu. I tak jest.
W trwającej tam wojnie domowej zginęło już wówczas 11 tysięcy dzieci, milion opuściło kraj. Te, które pozostały w na pół opuszczonym mieście, nie chodzą do szkoły ani nie prowadzą zwykłego właściwego dzieciom beztroskiego życia. Żyją w zamknięciu, nie mogą niemal nigdzie wychodzić. Widziały krew i śmierć. Mogą w każdej chwili zginąć, bo snajperzy nie próżnują. Śnią się też 8-letniej Farah, która widziała już w swoim życiu nieraz, jak wybuch odrywa człowiekowi głowę. Zapytana, co najbardziej lubi robić odpowiada: - Pomagać ojcu w warsztacie robić bomby. Zbieram dla niego odłamki, a on robi z nich bomby.
Jej tata jest dowódcą. W czasie, gdy kręcony był ten dokument, mieszkał z trzema małymi córeczkami, synem i żoną w strefie o ważnym znaczeniu dla wojska. Oznaczało to w praktyce ciągły ostrzał. On sam dowodził batalionem złożonym z 300 cywili walczących przeciw żołnierzom Baszara al-Asada.
Odgłosy wojny i nieustające niebezpieczeństwo utraty życia przyjmowane jest ze spokojem. Także przez dzieci. Mówią bardzo dorośle. Opowiadają, że bawili się często w wojnę. W każdy piątek odbywają się demonstracje uliczne, w których uczestniczą.
- Chcemy dzielić los naszego ojca oraz innych bojowników – mówi 14-letni chłopiec. – Nie mam w sobie już żadnych uczuć. - Ma śpiew i rewolucję we krwi – cieszy się jego matka.