Strach przegrywać

– Jest ze mną coś nie tak. Jestem spokojna, wcale nie chcę płakać, czuję się tylko bardzo zmęczona. Jelena Isinbajewa doszła do miejsca, w którym musi zadecydować: zacisnąć zęby i dalej trenować, dać sobie chwilę oddechu, a może odejść

Aktualizacja: 09.04.2010 07:02 Publikacja: 09.04.2010 01:05

Jelena Gadżijewna Isinbajewa Urodziła się 3 czerwca 1982 roku w Wołgogradzie. Jest mistrzynią olimpi

Jelena Gadżijewna Isinbajewa Urodziła się 3 czerwca 1982 roku w Wołgogradzie. Jest mistrzynią olimpijską z Aten i Pekinu, mistrzynią świata z Helsinek i Osaki, mistrzynią Europy, wiele medali zdobyła także w hali. Trzy razy zostawała lekkoatletką roku. Rekord świata w skoku o tyczce poprawiała 27 razy – od 4,82 do 5,06

Foto: AP

Jeszcze niedawno jej plan był prosty. W wersji najbardziej optymistycznej, ale przecież realnej: mistrzostwo globu w Berlinie, złoto olimpijskie w Londynie, rok później wielki finał kariery podczas mistrzostw świata w Moskwie. 2013 rok i koniec. Po drodze rekord świata w skoku o tyczce miała poprawić dokładnie dziewięć razy, tak by potem wszyscy powtarzali – ma 36 rekordów, o jeden więcej niż sam Siergiej Bubka. Ostatni miał być wyjątkowy, żeby świat oniemiał. Koniec z zarobkowym podnoszeniem tyczki po centymetrze. Jak kończyć to z przytupem: 5,20, może więcej, by wynik przetrwał pokolenia. Potem czas na życie rodzinne, dom i dziecko. – Tak późno, po trzydziestce? – dziwili się dziennikarze. – Tak, będę starą matką – odpowiadała bez chwili wahania.

Pierwsze pęknięcie było w Berlinie. Trzy nieudane skoki, które otworzyły drzwi do złota Annie Rogowskiej. Wtedy stres był krótki. Każdy sądził, że to mógł być przypadek. Parę dni później w Zurychu pofrunęła przecież nad poprzeczką zawieszoną na wysokości 5,06 m. Rekord nr 27. W lutowych halowych mistrzostwach świata w Dausze zajęła czwarte miejsce. Zabolało mocniej, bo była bezradna. Patrzyła na trenera, patrzyła na ludzi, nie wiedziała, co robić, co mówić.

Przedtem ostatni raz przegrała w 2003 roku.

[srodtytul]Czerwona chińska flaga[/srodtytul]

Można jej wierzyć, gdy mówi, że jest osobą emocjonalną. Zawsze walczyły w niej żywioły. Szybko pojęła, że ma talent do skakania, że umie przyciągać uwagę, że może być na rozbiegu jak aktorka na scenie. Jednak trochę bała się ludzi. W dzieciństwie była szarą myszką, dziewczyną z biednego domu, która nosiła sukienki po matce, a koledzy w szkole szarpali ją za kucyki.

Na stadionie izoluje się od świata. Widok trybun i tysięcy głów zawsze jej przeszkadzał. Od razu zaczynała przejmować się tym, co wszyscy pomyślą, gdy się nie uda. Stąd kołdra, ręcznik na głowie, czapka na oczach, okulary, legowisko za tyczkami. Przyjaźń z rywalkami też nie wchodziła w grę. – Może nawet lepiej, gdy mnie nienawidzą – powiedziała kiedyś.

Sukces finansowy jej nie rozbroił. Gdy po złocie z Aten przesiadła się z autobusu do bmw X3 i kupiła rodzicom nowe mieszkanie, twierdziła, że nie czuje się bogata. Po Pekinie oświadczyła, że ma dostatnie życie, ale do roli milionerki się nie nadaje, choć zamieszkała w Monako.

W lekkiej atletyce nawet Isinbajewej nie jest łatwo o wielkie kontrakty. Firmy potrafią liczyć i wychodzi, że lepiej postawić na tenisistki, bo wtedy logo widać znacznie częściej. Najlepsza lekkoatletka świata podpisała sześciocyfrowy kontrakt tylko raz, przed igrzyskami w Pekinie, z chińską firmą odzieżową Li Ning. Logo: czerwona flaga, stylistyczny powiew Azji w świecie nowoczesnych wzorów Nike czy Pumy. Nie da powiedzieć o Chińczykach złego słowa. – Miałam szczęście, że ich znalazłam.

Po porażce w Berlinie pytali, czy może przygotowali zły sprzęt, czy nie przegrała przez nich. Nikt nie mówił, że to jej wina. Poczuła się jeszcze gorzej. Oprócz Li Ning promuje zegarki i biżuterię hiszpańskiej firmy Carrera y Carrera i ma za darmo drogie tyczki od Amerykanów z USC Spirit. Nie tak wiele.

[srodtytul]Hollywood? Nie[/srodtytul]

Boi się popularności. Przyznała, że ma ochroniarzy. Na pytanie, czy w Rosji nosi kamizelkę kuloodporoną, zezłościła się: – Piszcie, co chcecie, więcej nie powiem. Kilka lat temu dostała propozycję z Hollywood. Kino akcji z Tomem Cruise’em. Rola rosyjskiej terrorystki nie była duża i kończyła się śmiercią. Odmówiła. Wyjaśniała: – Buntowałam się. Jak to jest, że dziewczyna z Rosji w amerykańskim filmie to zaraz terrorystka albo kobieta lekkich obyczajów. Gdybym ją przyjęła, świat uznałby, że zgadzam się z tym wizerunkiem. I nie chciałam się dać zabić.

Z gniewem rozstała się z pierwszym trenerem, tym, który zrobił z niej mistrzynię tyczki. Z Jewgienijem Wasiliewiczem Trofimowem, który nie tylko nauczył ją skakać, ale wyciągał z dyskotek, razem z żoną ochronił przed pokusami wieku dojrzewania, kazał chodzić wcześnie spać.

Płakała, gdy w Osace została mistrzynią świata, ale nie ustanowiła rekordu, i usłyszała, że skacze mało efektownie, na starym poziomie. Nowy trener, sławny Witalij Afanasjewicz Pietrow, ten od Bubki, pocieszał, jak mógł, mówił, że zmiana techniki trwa dwa lata, a tyle nie minęło. Jelena powtarzała przez parę dni, że chyba skończy karierę.

[srodtytul]Ojciec z Dagestanu[/srodtytul]

Zawsze potrzebowała kogoś bliskiego w zasięgu wzroku. W Wołgogradzie było prosto. Gdy przeprowadziła się do Monako, przez pierwsze tygodnie płakała w poduszkę. Mama nie gotowała obiadu, siostra nie posprzątała pokoju, ojciec nie przytulił. Po angielsku mówiła słabo. Łzy widział tylko Witalij Afanasjewicz.

Rodzina zawsze była ważna. Jelena nigdy nie kryła, że jej ojcem jest Gadżi Gafanowicz Isinbajew z dagestańskiej wsi Czuwek, niedaleko Derbentu, najdalej na południe wysuniętego miasta Rosji. Że była na Kaukazie u rodziny, gdy miała siedem lat, a potem przyjechała już jako mistrzyni olimpijska. Że podobało się jej przyjęcie u burmistrza Derbentu, dzieci śpiewające pieśni, 200-litrowa beczka koniaku nazwana jej nazwiskiem i obietnica budowy rozbiegu do tyczki.

Rozumie ojca, który dawno temu wyjechał do pracy w Wołgogradzie, został hydraulikiem i nadal pracuje, choć nie musi, ale kaukaska duma nie pozwala mu być na utrzymaniu córki. Mama Natalia Pietrowna jest Rosjanką z chutoru pod Wołgogradem, jedną z trzynaściorga dzieci. Przez ćwierć wieku pracowała w kotłowni.

Jelena ma też grupę wiernych przyjaciół, paru w Wołgogradzie, paru w Moskwie, przeważnie ludzie sportu, nawet młodzi kaukascy bokserzy, bo ludzie z tamtych stron są wszyscy jak bracia, a ona przecież ich siostra. Jeden z nich, Basyr, wydaje się ostatnio ważniejszy od innych. Choć Isinbajewa stara się chować prywatność przed światem, wszystkiego nie schowała. Może tylko długo trwało, żeby za sportową sylwetką zobaczyła swoją kobiecość. Pomógł reżyser reklamówki, w której nie musiała prężyć mięśni, tylko przez trzy dni zdjęć w Pradze została zwiewną modelką.

[srodtytul]Serce nie sługa[/srodtytul]

Kiedyś dziennikarz zapytał o jej życzenia noworoczne – czego chce kobieta, która ma już sławę i pieniądze. – Miłości... – odpowiedziała bez namysłu. W Pekinie pierwszy raz nie kryła tego, że jest zakochana. Ówczesny partner DJ Artiom z Doniecka został nawet przedstawiony rodzicom. Rozstała się z nim nagle tuż przed mistrzostwami w Berlinie i to zdarzenie, wedle wielu opinii, tak naprawdę zaczęło zmieniać Jelenę. Wtedy mówiła: – Teraz nikomu nie pozwolę wepchnąć się między mnie i sport. Naiwnie myślałam, że można pogodzić te sprawy, ale się pomyliłam.

Wyłom został jednak zrobiony. – Tak, pojawiła się też myśl, by odejść, że mam swoje lata, a męża nie mam – powiedziała. Po raz pierwszy w jej karierze zabrakło konsekwencji. Do Dauhy pojechała nieprzygotowana. Główny trener kadry rosyjskiej Walentin Masłakow był surowy: – Zwyczajnie była za słaba. Jesienią długo odpoczywała. Treningi zaczęła pod koniec listopada, zaraz potem miała przerwę na wypad za ocean. Była uczestniczką sztafety olimpijskiej przed igrzyskami w Vancouver. Krótki zimowy trening w Formii i Moskwie nie wystarczył. A jeszcze poleciała do Hongkongu na zdjęcia dla sponsora. Powrót i klapa.

Jelena jeszcze nie wie, co robić. Sponsorzy i działacze się niecierpliwią. Potrzebują jej, jest przecież twarzą Diamentowej Ligi, nowego cyklu mityngów, który musi mieć gwiazdy. Mają problem, gdy mówi: – Nie chcę już słyszeć bez przerwy: zrób to, zrób tamto. Żeby wygrywać, potrzebuję nowego ducha i dawnej wiary, że wygram zawsze i wszędzie. Nie mam jej. Teraz leżę i myślę, dlaczego nie wygrywam, myślę, że może muszę odpuścić ten sezon, żeby zrealizować ważniejszy plan. Zbieram się do podjęcia takiego ryzyka. Nie chcę zaprzepaścić wszystkiego, ale umowy reklamowe trzeba odłożyć. Czasami zdrowie i przyszłe medale są ważniejsze. Coś trzeba będzie poświęcić.

Jeszcze niedawno jej plan był prosty. W wersji najbardziej optymistycznej, ale przecież realnej: mistrzostwo globu w Berlinie, złoto olimpijskie w Londynie, rok później wielki finał kariery podczas mistrzostw świata w Moskwie. 2013 rok i koniec. Po drodze rekord świata w skoku o tyczce miała poprawić dokładnie dziewięć razy, tak by potem wszyscy powtarzali – ma 36 rekordów, o jeden więcej niż sam Siergiej Bubka. Ostatni miał być wyjątkowy, żeby świat oniemiał. Koniec z zarobkowym podnoszeniem tyczki po centymetrze. Jak kończyć to z przytupem: 5,20, może więcej, by wynik przetrwał pokolenia. Potem czas na życie rodzinne, dom i dziecko. – Tak późno, po trzydziestce? – dziwili się dziennikarze. – Tak, będę starą matką – odpowiadała bez chwili wahania.

Pozostało jeszcze 91% artykułu
Ekonomia
Oszczędna jazda – techniki, o których warto pamiętać na co dzień
Ekonomia
Złoty wiek dla ambitnych kobiet
Ekonomia
Rekordowy Kongres na przełomowe czasy
Ekonomia
Targi w Kielcach pokazały potęgę sektora rolnego
Materiał Partnera
Konieczność transformacji energetycznej i rola samorządów
Ekonomia
Gminy przechodzą na OZE – nie zostań w tyle!