Teza 1: Obecny sztywny, ośmiogodzinny czas pracy jest optymalny i niepotrzebny jest nowy system czasu pracy.
Należy podkreślić, że już obecnie w kodeksie pracy ustawodawca – poza podstawowym czasem pracy - wyróżnia inne systemy czasu pracy takie, jak np.: równoważny system czasu pracy, system pracy w ruchu ciągłym, zadaniowy system czasu pracy, czy system skróconego tygodnia. Już dzisiaj istnieje zatem możliwość dostosowania przez pracodawców odpowiedniego np. do specyfiki branży systemu czasu pracy, biorąc jednak pod uwagę respektowanie maksymalnego wymiaru czasu, wynoszącego 40 godzin w tygodniu.
Warto podkreślić, że w art. 143 Kodeksu pracy, ustawodawca umożliwia zastosowanie skróconego tygodnia pracy, na pisemny wniosek pracownika. W tym systemie dopuszczalne jest wykonywanie pracy przez pracownika przez mniej niż 5 dni w ciągu tygodnia, ale przy równoczesnym przedłużeniu dobowego wymiaru czasu pracy, nie więcej niż do 12 godzin, w okresie rozliczeniowym nieprzekraczającym 1 miesiąca. Ustawodawca przewiduje zatem już teraz możliwość skrócenia dni pracy w tygodniu z 5 do 4, ale z zachowaniem zasady 40-godzinnego tygodnia pracy, przy której to zasadzie należy bezwzględnie pozostać. Przy obecnej propozycji 4 dniowego tygodnia pracy, wyrażona jest jednak idea skróconego do 32 godzin tygodnia pracy, co należy ocenić bardzo negatywnie. Taki czas pracy spowoduje ogromne straty makro i mikroekonomiczne oraz spadek konkurencyjności polskiej gospodarki.
Teza 2: Polskie firmy nie są gotowe na czterodniowy tydzień pracy.
Proste ograniczenie tygodnia pracy z 5 do 4 dni i jednocześnie z 40 do 32 godzin w tygodniu oznacza, że co do zasady zmniejsza się produktywność przedsiębiorców. Wprowadzenie tak głębokiej zmiany, niesie ze sobą poważne ryzyka dla funkcjonowania polskich firm oraz dla stabilności całej gospodarki.
Z perspektywy pracodawców, należy podkreślić, że zdecydowana większość przedsiębiorców w Polsce nie jest obecnie przygotowana na przejście na czterodniowy tydzień pracy, przy zachowaniu dotychczasowego poziomu wynagrodzeń. Dotyczy to zwłaszcza sektorów o wysokim udziale pracy manualnej, branż produkcyjnych, handlu, transportu, logistyki czy usług publicznych. W tych obszarach kluczowe procesy nie mogą zostać łatwo skrócone, ani zagęszczone bez ryzyka obniżenia jakości, wydłużenia cyklu realizacji zleceń lub konieczności ponoszenia znacznych kosztów kadrowych.
Wprowadzenie czterodniowego tygodnia pracy w zaproponowanej przez rząd formie, oznaczałoby w praktyce wzrost kosztów pracy na godzinę, co bezpośrednio wpłynęłoby na spadek konkurencyjności polskiego biznesu na rynkach międzynarodowych. W obliczu rosnących obciążeń regulacyjnych, presji płacowej oraz globalnego spowolnienia gospodarczego, kolejne podwyższenie kosztów stałych, mogłoby prowadzić do ograniczenia inwestycji, redukcji zatrudnienia, a nawet wycofywania się części firm z polskiego rynku.
Warto zwrócić uwagę, że tak duża reforma – o ile miałaby być skuteczna i nie prowadzić do spadku wydajności – wymagałaby zaawansowanej transformacji organizacyjnej: automatyzacji, usprawnień procesów, cyfryzacji i podnoszenia kompetencji pracowników. Tymczasem luka technologiczna oraz kompetencyjna pomiędzy Polską a czołowymi gospodarkami Europy, chociażby w samym zakresie AI, jest bardzo duża. Znaczna część sektorów nadal boryka się z niedoborami kadrowymi i ograniczoną możliwością dalszego zwiększania efektywności.
W panujących realiach gospodarczych oraz przy obecnym poziomie produktywności i technologicznej gotowości firm, narzucenie czterodniowego tygodnia pracy w formie 32 godzinnego tygodnia pracy (8 godzin x 4 dni) groziłoby zakłóceniem procesów biznesowych, spadkiem konkurencyjności oraz wzrostem kosztów prowadzenia działalności gospodarczej.
Teza 3: Rządowy program pilotażowy, opłacany ze środków Funduszu Pracy, nie powinien skupiać się tylko na testowaniu krótszego tygodnia pracy w administracji publicznej z pominięciem przedsiębiorców.
W przypadku, w którym rząd decyduje się na realizację takiego pilotażu, oczywistym jest, że powinien on uwzględniać również przedsiębiorców.
Tego rodzaju projekt, finansowany ze środków Funduszu Pracy, rodzi poważne wątpliwości co do zasadności angażowania publicznych pieniędzy w eksperyment, którego rezultaty są niepewne, a który może przynieść przede wszystkim korzyści wizerunkowe rządzącym. Fundusz Pracy ma służyć aktywizacji zawodowej i przeciwdziałaniu bezrobociu, a więc celom jasno określonym i związanym z realnymi potrzebami rynku pracy. Trudno natomiast uznać, że finansowanie pilotażu krótszego tygodnia pracy w administracji publicznej – z pominięciem przedsiębiorców, ale także bez gwarancji praktycznej przydatności – wpisuje się w te zadania.
Co więcej, administracja publiczna nie jest sektorem, który w sposób reprezentatywny oddaje specyfikę rynku pracy i wyzwania, z jakimi mierzą się przedsiębiorcy. Wyniki takiego pilotażu byłyby zatem z natury ograniczone i mało użyteczne dla gospodarki jako całości.
Teza 1.Inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy powinni mieć kompetencje do kwalifikowania umowy zlecenia i B2B jako umowy o pracę. :
W mojej ocenie, kwalifikowanie, czy dany stosunek jest stosunkiem pracy, powinno w dalszym ciągu należeć wyłącznie do kompetencji sądów. Kwestie te każdorazowo wymagają skrupulatnego rozważenia konkretnego stanu faktycznego w odniesieniu do przepisów prawa. Sąd skrupulatnie przeprowadza w tym celu postępowanie dowodowe, z udziałem stron. Nie ma to miejsca w przypadku podejmowania decyzji przez inspektora PIP.
Teza 2. Nadanie nowych uprawień inspektorów PIP nie poprawi ochrony zatrudnionych i stworzy jedynie iluzję kontroli. :
Zgodnie z zapowiedziami Generalnego Inspektora Pracy w 2025 r. PIP planowało przeprowadzić kontrolę w 55.000 zakładach pracy. Biorąc pod uwagę, że samych mikrofirm, zatrudniających do 9 pracowników, jest w Polsce ok. 2 mln, oznacza to, że skala tych kontroli jest bardzo niewielka. Wynika to oczywiście z możliwości logistycznych oraz kadrowych Państwowej Inspekcji Pracy. Nie sposób więc uznać, że nadanie nowych uprawnień inspektorom PIP poprawi ochronę zatrudnionych, gdyż w dalszym ciągu liczba kontrolerów - nawet w przypadku jej zwiększenia - będzie pozwalała na podejmowanie wyłącznie wyrywkowych działań na rynku pracy. Pojawia się tutaj jednocześnie obawa o zbyt uznaniowe stosowanie przez PIP metodologii przeprowadzanych kontroli.
Teza 3.Nowe uprawnienia inspektorów w sprawie przekształcania umów, to nadmierna regulacja, która będzie miały realne konsekwencje dla konkurencyjności polskich firm. :
Już sama tylko kontrola, nie licząc potencjalnego dalszego etapu sądowego, to bardzo duży problem dla przedsiębiorcy, wymagający od niego ogromnego zaangażowania i poniesienia nakładów finansowych, przeznaczonych na obsługę kontroli, zamiast na prowadzenie biznesu. Do tego dochodzą koszty wsparcia prawnika, a w następnych etapach, koszty związane z obsługą postępowania odwoławczego oraz koszty postępowania sądowego. Najbardziej ujemne konsekwencje na płaszczyźnie finansowej powstaną jednak w momencie wydania przez inspektora PIP decyzji o uznaniu danych umów za umowy o pracę. Decyzja ta będzie miała rygor natychmiastowej wykonalności, a zatem z dniem jej doręczenia danemu przedsiębiorcy, wywoła skutki prawne w postaci konieczności opłacenia podatków i składek w wysokości właściwej dla stosunku pracy. W przypadku kontroli obejmującej kilkadziesiąt lub kilkaset umów, będą to gigantyczne koszty, które doprowadzą nie tylko do utraty konkurencyjności, ale w skrajnych przypadkach nawet to upadku danej firmy. Kontrole będą mogły obejmować umowy do 3 lat wstecz. Utrzymanie decyzji w prawomocnym wyroku spowoduje konieczność "wyprostowania" rozliczeń, co wiązało się będzie z ogromnymi kosztami dla przedsiębiorcy.
Nie sposób zatem nie zauważyć, że nowe uprawnienia inspektorów PIP to kolejna niewiadoma dla przedsiębiorców, którzy zamiast prowadzić działalność gospodarczą, będą narażeni na kolejne wieloletnie postępowania administracyjne lub sądowe. Nie wiadomo, według jakiego klucza Państwowa Inspekcja Pracy, będzie przeprowadzała kontrole. Nie sposób, aby skontrolowane zostały wszystkie firmy z danej branży. Podjęcie kontroli wobec kilku firm z całą pewnością spowoduje utratę ich konkurencyjności wobec tych, u których taka kontrola nie została przeprowadzona. Podmioty bez odpowiedniego zabezpieczenia finansowego narażone zostaną na bankructwo.
Teza 1: Prezydent ma prawo odmówić nominacji czy awansu sędziego, ale powinien to uzasadnić w odniesieniu do każdej kandydatury.
W doktrynie przyjmuje się, że Prezydent RP może odmówić powołania lub awansu sędziego przedstawionego we wniosku Krajowej Rady Sądownictwa, jednak powinno to następować wyjątkowo i w uzasadnionych przypadkach. Te ostatnie zachodzą w sytuacji, gdy np. wniosek KRS jest wadliwy lub gdy pochodzi od nieuprawnionego podmiotu, jak również wówczas, gdy prezydent jako strażnik konstytucji ma poważne wątpliwości, co do tego, czy dany kandydat daje rękojmię rzetelnego sprawowania swojej funkcji. Decyzja prezydenta powinna być uzasadniona. Arbitralne działanie prezydenta podważa sens całego postępowania przed KRS, które jest prowadzone właśnie po to, aby ocenić kwalifikacje i predyspozycje kandydatów w sposób merytoryczny i transparentny. Z tego też względu właściwym rozwiązaniem, zaproponowanym zresztą przez doktrynę, powinno być przekazanie sprawy KRS do ponownego rozpoznania. To z natury rzeczy wymaga przedstawienia powodów, które skłoniły prezydenta do zakwestionowania danej kandydatury. Taki model respektuje konstytucyjną rolę KRS, a jednocześnie pozostawia prezydentowi niezbędny „wentyl bezpieczeństwa”, na wypadek pojawienia się nowych lub poważnych zastrzeżeń co do danej osoby
Osobnym zagadnieniem jest natomiast kwestia właściwego umocowania Krajowej Rady Sądownictwa, który jest pierwotnym i najpoważniejszym problemem w procesie powołania lub awansu sędziów.
Teza 2: Odmowa nominacji sędziów, którzy m.in. podpisywali listy w sprawie respektowania wyroków TSUE, może być interpretowana wyłącznie jako działanie motywowane politycznie.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej pełni kluczową rolę w zapewnianiu jednolitego stosowania i interpretowania prawa unijnego we wszystkich państwach członkowskich. Jego rozstrzygnięcia – również te zapadające w ramach procedury pytań prejudycjalnych – mają charakter wiążący dla sądów krajowych. Oznacza to, że każdy sąd, rozpatrując sprawę z elementem prawa UE, obowiązany jest stosować się do interpretacji przedstawionej przez Trybunał, niezależnie od tego, czy uczestniczył w postępowaniu, które doprowadziło do wydania danego wyroku.
Ponadto, zgodnie z wyrokiem TSUE z dnia 30 września 2003 r. w sprawie C-224/01 Köbler, państwo członkowskie może ponosić odpowiedzialność odszkodowawczą wobec jednostek w sytuacji, gdy sąd krajowy dopuści się rażącego naruszenia prawa Unii. Naruszenie to uznaje się za szczególnie poważne m.in. wtedy, gdy orzeczenie sądu krajowego pozostaje w oczywistej sprzeczności z utrwalonym orzecznictwem Trybunału.
Sędziowie muszą respektować wyroki TSUE, co wynika z faktu członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Nie można zatem z tego powodu wyciągać w jakichkolwiek negatywnych konsekwencji, w tym odmawiać nominacji lub awansu na wniosek KRS. Pytanie jedynie, czy to leżało u podstaw decyzji prezydenta, gdyż ta niestety nie została przez niego uzasadniona.
Teza 1: Prawo nie pozwala na szybkie i skuteczne ściganie hejtu w internecie. Niezbędne jest wprowadzenie instytucji tzw. ślepego pozwu.
Ogólne założenie instytucji tzw. ślepego pozwu, jako narzędzia, które będzie miało na celu systemowe - na gruncie cywilnoprawnym - rozwiązanie ścigania anonimowego hejtu w Internecie, jest jak najbardziej słuszne. Z hejtem należy walczyć. I co do tego nie powinno być jakichkolwiek wątpliwości. Jednak proponowane projekty ustaw w dotychczasowym kształcie, w mojej ocenie wprowadzą więcej szkód niż pożytku. Nie sposób pogodzić z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa, propozycji nakładających na sąd - w terminie 7 dni od dnia złożenia pozwu - obowiązek zwrócenia się do administratora w celu ustalenia danych osoby dokonującej wpisu. To całkowicie populistyczny i nieprzemyślany tryb, który spowoduje zalanie sądów w dużej mierze bezpodstawnymi powództwami, powodując zator w sądach. Rodzi to jeszcze o wiele większe i bardziej niebezpieczne ryzyko w postaci chęci wykorzystywania tego typu powództwa wyłącznie w celu pozyskiwania danych osobowych. Zatem walka z hejtem odbywałaby się kosztem naruszania innych dóbr osobistych obywateli, w tym inicjowania bardzo kontrowersyjnych, masowych postępowań tzw. SLAPP-ów, mających na celu storpedowanie i zastraszenie przeciwnika. Projektodawca pozostaje w sprzeczności z podstawowymi zasadami postępowania cywilnego, takimi jak zasada kontradyktoryjności i równouprawnienia stron, przerzucając na sąd obowiązki, do których organ ten nie ma ani odpowiednich narzędzi prawnych, ani organizacyjnych. Projekty ustaw godzą również w zasadę bezstronności sądu. W praktyce doprowadziłoby to do paraliżu wymiaru sprawiedliwości oraz stworzyłoby ryzyko nadużyć i naruszeń przepisów prawa, w tym w szczególności przepisów o ochronie danych osobowych.
W mojej ocenie, w pierwszej kolejności należy poczekać na wdrożenie unijnego rozporządzenia – Aktu o usługach cyfrowych (DSA) tak, aby wprowadzić jedną spójną procedurę dotyczącą omawianej problematyki. Dotychczas zaproponowane projekty ustawy, odnoszące się do zagadnienia tzw. ślepych pozwów są niestety sprzeczne z przywołanym unijnym rozporządzeniem DSA.
Teza 2: Należy zobowiązać platformy społecznościowe do wypłacania odszkodowań ofiarom hejtu – o ile nie udowodnią, że dołożyły wszelkich (a nie pozorowanych) starań, aby szkalowaniu i poniżaniu danej osoby zapobiec.
To trudno postawione pytanie. Wskazuję na odpowiedź aprobującą, ale z tego powodu, że zgadzam się z ogólną zasadą wyrażoną w pytaniu. Platformy społecznościowe i inni usługodawcy powinni ponosić odpowiedzialność za szkodę, wyrządzoną danej osobie, wskutek zamieszczenia wpisu godzącego w jej dobra osobiste, ale na ściśle określonych zasadach. Nie może zatem odbywać się to bezwarunkowo. Pytanie zatem, w jaki sposób należy uregulować kwestię dołożenia przez danego usługodawcę starań, aby zapobiec szkalowaniu i poniżaniu danej osoby. Usługodawcy nie mogą odpowiadać za zachowania swoich użytkowników, tylko za swój brak reakcji na dany incydent. Nie można bowiem znaleźć jakiegokolwiek związku przyczynowego między samym istnieniem danego portalu, a tym, że jakiś jego użytkownik zaczął pomawiać lub wyzywać inną osobę. Ewentualna odpowiedzialność usługodawcy rodzi się dopiero w tym momencie, w którym platforma, po zgłoszeniu danego zachowania, niezwłocznie nie uniemożliwi dostępu do takich treści. Obowiązujące rozwiązania, przewidziane w art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i funkcjonujący tryb: „notice and takedown", regulują powyższą kwestię. Już na podstawie tego przepisu, platformy społecznościowe mogą odpowiadać za szkodę, powstałą w wyniku braku niezwłocznego uniemożliwienia dostępu do danych o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności. Szersze "instrumentarium" prezentuje unijne rozporządzenie DSA, nakładające na platformy cyfrowe szereg obowiązków, w tym skuteczne mechanizmy zgłaszania i usuwania nielegalnych treści, transparentność algorytmów oraz większą odpowiedzialność za weryfikację treści. W tym miejscu trzeba zatem ponownie zaapelować o jak najszybsze wdrożenie w Polsce tego rozporządzenia.
Teza 1: Wakaty sędziowskie w Trybunale Konstytucyjnym powinny zostać niezwłocznie obsadzone
Z jednej strony niezwłoczne uzupełnienie wakatów sędziowskich w Trybunale Konstytucyjnym z pewnością zrealizuje generalną zasadę prawną, wywiedzioną przez sam TK w precedensowym wyroku K 34/15, zgodnie z którą wyboru sędziego TK powinien dokonywać Sejm tej kadencji, w toku której wypada zakończenie kadencji ustępującego sędziego TK. Odstępstwa są tutaj co prawda przewidziane, ale tylko w sytuacjach wyjątkowych takich, jak np. brak poparcia kandydata, bądź krótkie terminy przeprowadzenia procedury wyborczej ze względu na bliskie wybory parlamentarne. Obecnie nie mamy jednak do czynienia z takimi wyżej wskazanymi ekstraordynaryjnymi okolicznościami.
Z drugiej strony, niezwłoczny wybór sędziów w żaden sposób nie rozwiąże zasadniczych problemów związanych z wadliwością „statusu” Trybunału Konstytucyjnego, w którym zasiadają sędziowie-dublerzy, a zatem osoby niebędące sędziami. Powstaje tym samym swoistego rodzaju dysonans związany z tym, że nowi sędziowie mieliby zostać wybrani do Trybunału, który obsadzony jest przez osoby nieposiadające statusu sędziego TK.
Trudno jest zatem jednoznacznie określić tezę w powyższym temacie, gdyż z jednej strony obsadzenie wakatów będzie wyrazem zasady legalizmu oraz wypełnieniem kompetencji przez Sejm zgodnie z orzecznictwem TK, z drugiej strony obecny kształt i problemy ustrojowe TK powodują, że wybór nowych sędziów, nawet w sposób minimalny, nie rozwiąże kluczowych zagadnień związanych z kryzysem konstytucyjnym trwającym od 2015 r.
Może zatem najlepszym rozwiązaniem w zakresie uzupełnienia obecnych wakatów w TK byłoby powołanie w jego skład osób wybranych na te stanowiska w 2015 r., których miejsca zajęli wtedy tzw. dublerzy.
Teza 2: Potrzebne są zmiany sposób wyboru sędziów TK i odpolitycznienie tej procedury
Zmiana procedury wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego oraz jej odpolitycznienie stanowią kluczowe zagadnienia dla realizacji zasady państwa prawa oraz zachowania właściwego modelu sądownictwa konstytucyjnego w Polsce.
Za koniecznością zmiany procedury wyboru sędziów do TK przemawia potrzeba wprowadzenia transparentnych i merytorycznych kryteriów preselekcji kandydatów. Istotne jest zapewnienie szerokiego udziału środowisk prawniczych oraz instytucji niezależnych w procesie przedstawiania kandydatur. Eliminacja lub ograniczenie partyjnego monopolu na zgłaszanie kandydatów oraz zwiększenie wymaganej większości do powołania członków TK mogłyby realnie sprzyjać profesjonalizacji składu Trybunału oraz minimalizować ryzyko podejmowania decyzji motywowanych politycznie. W konsekwencji doprowadziłoby to do przywrócenia pełni niezależności i apolityczności tego organu. Warto podkreślić, że takie rozwiązanie pozostawałoby w zgodzie z konstytucyjnym wymogiem wyboru osób wyróżniających się wiedzą prawniczą, umacniając zarazem wizerunek Trybunału Konstytucyjnego jako instytucji o apolitycznym, fachowym charakterze.
Co istotne, rozwiązania wymaga również kwestia złożenia „ślubowania wobec Prezydenta RP” jako warunku objęcia stanowiska sędziego, gdyż – jak pokazała praktyka – stosowanie przepisów w obecnym brzmieniu może spowodować kryzys konstytucyjny, wynikający z przyjęcia stanowiska przez Prezydenta RP, że takiego ślubowania może „nie przyjąć