„Dla mnie patriotyzm i odczucie, i dobre wrażenie, które ja wywożę, wyjeżdżając z tego kraju, to to jest rzecz opieczętowana najwyższymi emocjami" – wzleciała u Wielowieyskiej szefowa cyrku na wylocie. Jak zwykle, ni z gruchy, ni z pietruchy, a jakby z Muchy. Anny, niestety, Muchy. Ale pusty to bajer, czy freudowska wpadka?
Całodobowe urągowisko od czapy - u Wielowieyskich, Olejnikówien, Kraśków, na skrzyżowaniach ulic, pod budką z lodami, na przełomie Dunajca, w kukurydzy, pod jabłonią, w śmigłowcu, na ściernisku, na plaży, ze szczurem na piersi, yorkusiem, niemowlęciem wyrwanym ze snu do medialnej ustawki, z wycieraniem w sweter jabłka złapanego na straganie – cały ten latający cyrk zapowiadał się jeszcze na długie dwa miesiące. Na powyższy, zagadkowy konstrukt językowy zatliła się więc w sercu człowieka iskierka. „Wywożę wyjeżdżając."... Czyżby? Wywozi i wyjeżdża z syfu i folkloru tego kraju, niczym Donek z Bieńkowską? Byłbyż to więc już ów moment, w którym „opieczętowawszy się najwyższymi emocjami", emocjami patriotyzmu niewątpliwie, czas spieprzać z Polski?