A pani korzysta z mediów społecznościowych?
Nie mam konta ani na Facebooku, ani na Instagramie. Może gdybym była początkującą pisarką, to musiałabym je mieć, żeby skupiać uwagę czytelników, ale tak się to w moim życiu ułożyło, że nie muszę tego robić i nie mam takiej potrzeby. Poza tym chyba nie byłabym fizycznie w stanie odpowiadać wszystkim na komentarze i wpisy. Prywatność to dzisiaj prawdziwy luksus.
Pani bohater wierzy w metempsychozę, wędrówkę dusz. Pani też jest bliskie to myślenie?
Nie wierzę w reinkarnację, niestety. Nasz los i nasz czas to w moim przekonaniu jedyne, co mamy. I musimy je jak najlepiej wykorzystać.
W drugim tomie „Silvy Rerum" opisała pani XVIII-w. zarazę w Wielkim Księstwie Litewskim. Możemy się z niej czegoś nauczyć?
Od razu mogę uspokoić, bo po przeczytaniu chyba wszystkich możliwych opracowań z historii medycyny o epidemiach w naszej części świata mam pewność, że nawet najgorsze zarazy – czarna śmierć w Europie czy epidemia z czasów Justyniana w Bizancjum – trwały około dwóch lat. Potem tworzy się naturalna odporność u ludzi, choć łatwiej przeżyć najzdrowszym i najsilniejszym. Jednak każda epidemia ma swój koniec, więc i covid, w czasach którego żyjemy, będzie miał swój kres.
A co zazwyczaj następowało po takich epidemiach?
Bardzo różnie. Czasami nic się nowego nie pojawia, ludzie szybko wracają do starego życia, wszystko odbudowują itd. Najciekawsze procesy dzieją się podczas samej pandemii, kiedy poszukuje się winnych. Czyżby epidemia była karą od Boga i czas się nawrócić? Albo może ktoś tę zarazę przyniósł, sprowadził? Zawsze w takich czasach rozwijają się teorie spiskowe i zawsze jakaś grupa społeczna zostaje obwiniona – czy to podróżnicy, Żydzi, Cyganie, czy jeszcze ktoś inny.
Jak pani znosi ten czas?
Najbardziej brakuje mi powrotów na Litwę, bo choć mieszkam w Londynie, to w Wilnie też mam rodzinny dom. Wcześniej niemal każdego miesiąca tam jeździłam, więc nigdy nie czułam się specjalnie odcięta ani od życia rodzinnego i towarzyskiego, ani od intelektualnego na Litwie. Spędziłam w Wilnie całe lato w 2020 r. i na początku września wróciłam do Londynu. Od tamtej pory nie wyjeżdżałam, co mi bardzo doskwiera.
Powtarza pani, że na Litwie czuła się bardzo polska – co to znaczy?
Chodzi mi o całe myślenie i spadek historyczny przedwojennego Wilna, który dostałam wraz z pamięcią wewnętrzną mojej rodziny. To było jedną z takich rzeczy, przez które czułam się inna od moich rówieśników, których rodzice przyjechali do Wilna po II wojnie światowej. Dla mnie to miejsce miało historię osobistą, a oni nie mieli żadnych sentymentów. I kiedy w czasach sowieckich wznoszone jakieś ohydztwo betonowe na wileńskiej starówce, to wszyscy chwalili, że to dobrze, bo wchodzi modernizm. A mnie bolało, że to szkaradztwo pojawia się na miejscu Pałacu Radziwiłłów, czyli Kardynalii. Do nich to nie przemawiało, nie wiedzieli tego i nie czuli. Tym bardziej że powtarzano, iż przed wojną Wilno było polskie, bo mieszkali tam Polacy, więc nie ma co rozpamiętywać tej historii. Tymczasem to miasto było polskojęzyczne, ale już niekoniecznie polskie. Mieszkali w nim ludzie, którzy żyli w stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego od stuleci, te same stare rodziny, z których nikt nigdy w swoim życiu nawet do Korony nie wyjeżdżał.
Dużo złego chyba wyrządziła litewskiej pamięci historycznej sowietyzacja po wojnie.
Tragedią rosyjskich historyków, często bardzo utalentowanych naukowców, jest fakt, że uniwersytet w Rosji zawsze był narzędziem władzy, nigdy nie miał autonomii. To miało ogromny wpływ na nauki humanistyczne. Bardzo trudno jest być filozofem, kiedy musisz działać pod cenzurą państwową. Miałam to szczęście, że uczyłam się nie tylko na uniwersytecie w zsowietyzowanym wówczas Wilnie, tylko dosyć dogłębnie poznałam kilka różnych kultur i sposobów życia społecznego oraz intelektualnego. Bo w gruncie rzeczy jestem produktem brytyjskiej akademii, bo w ośrodkach naukowych Wielkiej Brytanii spędziłam więcej lat swojego życia niż w ośrodku akademickim na Litwie. To daje pewien dystans i perspektywę, a także zdolność porównywania. Rzeczy, które uznawaliśmy za unikatowe na Litwie, wydały mi się po moim wyjeździe i po studiach na temat brytyjskiej historii XVII i XVIII w. nie tak znowu wyjątkowe. Dostrzegłam za to coś niepowtarzalnego w czymś innym, choćby właśnie w historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Kiedy byłem w 2019 r. w Wilnie, uderzyło mnie, jak wiele zabytków sakralnych, kościołów i cerkwi zostało przez Sowietów zniszczonych i zamienionych w miejsca świeckie – więzienia, koszary, magazyny.
Napisałam kiedyś opowiadanie „Wiatrowskazy wileńskie" o starym funkcjonariuszu KGB, który całe życie pracował w sferze ochrony zabytków i jego zadaniem było prowadzenie sowietyzacji Wilna poprzez urbanistykę. I on miał plan zamienić wszystkie krzyże z wileńskich kościołów w wiatrowskazy, bo przecież religijność dla sowieckiego, ateistycznego człowieka to coś przestarzałego. Okazało się, że historia, którą sobie wymyśliłam, była niejako prawdziwa, bo słynny historyk sztuki i znawca wileńskiej historii Vladas Drema napisał ważną książkę pt. „Zaginione Wilno". Po latach jego rodzina opowiadała, że rękopis tej książki, która jest olbrzymią pracą ikonograficzną na temat Wilna, bardzo długo leżał w sowieckim wydawnictwie i jej nie wydawano. Potem wezwano Vladasa Dremę i powiedziano mu: Może wydamy tę książkę, ale we wszystkich ilustracjach trzeba wyciąć z kadru krzyże z kościołów. Więc to była celowo prowadzona przez Sowietów polityka reurbanizacji i niszczenia znaków dawnej tożsamości. Dlatego też bardzo nie lubiono herbu Wilna – świętego Krzysztofa, który był wręcz wrogiem klasowym i zewsząd usuwano jego wizerunek. W miejscu jego figury na rogu ulicy Trockiej i Podwalnej postawiono rycerza, którego nazwano strażnikiem Wilna.
Wobec tak zawziętej sowietyzacji wydaje się, że Polaków w PRL spotkał łagodniejszy los.
Za czasów komuny, w czasach mojego dzieciństwa, patrzyliśmy na Polskę jak na kraj, gdzie ludzie są mniej zniewoleni. Mieliśmy takie wrażenie choćby za sprawą prasy, która trafiała do nas przemycana przez znajomych. Przez kilka lat sprowadzaliśmy sobie prenumeratę „Przekroju", i każdy numer to było wydarzenie. Nie wszystkie do nas docierały, pewnie je ktoś kradł na poczcie albo przechwytywała je cenzura. Podobnie było z polskim radiem i zachodnią literaturą, którą czytaliśmy w polskim przekładzie, bo zakazywała jej litewska cenzura, a w PRL-u była dostępna legalnie.
Jak Litwini odebrali „Silvę Rerum", gdzie bohaterami są mieszkańcy dzisiejszej Litwy, którzy mówią w języku polskim? Czy to wywołuje napięcia narodowościowe?
Nigdy nie odczułam żadnego rozdrażnienia, przeciwnie – wdzięczność, że przywróciłam ten kawałek historii dwóch narodów i Wielkiego Księstwa Litewskiego do masowej świadomości. Bo wcześniej był przedstawiany jako obcy z powodu tożsamości etno-lingwistycznej. Jednocześnie pokazałam, że język litewski był obecny wśród ludzi od dawnych czasów, bo przecież taki Jan Maciej Narwojsz, szlachcic z pierwszej części tetralogii, musiał się komunikować z chłopami żmudzkimi po litewsku. Potem było go coraz więcej. Zburzyłam też swoimi powieściami mit, który głosił, że odrodzenie języka litewskiego zaczęło się w połowie XIX w. wraz z romantykami i myśleniem narodowym. Wcale nie. Zaczęło się to już pod koniec XVIII w. i nie było to zainspirowane przez inteligencję wywodzącą się z chłopstwa, tylko właśnie przez arystokratów Wielkiego Księstwa Litewskiego – przez biskupów i profesorów uniwersyteckich.
Jeśli Wilno nie do końca jest litewskie, a tym bardziej polskie, to jakiego przymiotnika by pani użyła, aby je scharakteryzować?
Pierwsze moje wspomnienia z dzieciństwa, które mam z Wilna, są natury estetycznej. Widzę baszty kościołów, mam przed oczami chmury na pięknym niebie, te kolory, ten nastrój wizualny, trochę jakby włoski. Dlatego powiem, że Wilno jest po prostu piękne.
Kristina Sabaliauskaite (ur. w 1974 r. w Wilnie) – pisarka i historyk sztuki, mieszkająca w Londynie. Jest autorką czterech części powieściowego cyklu „Silva Rerum", umiejscowionego w Wielkim Księstwie Litewskim w XVII i XVIII wieku. Nakładem Wydawnictwa Literackiego właśnie ukazał się po polsku trzeci tom tetralogii w przekładzie Kamila Peceli