Reklama

Kristina Sabaliauskaite: Wilno niekoniecznie było polskie

Czyżby epidemia była karą od Boga i czas się nawrócić? Albo może ktoś tę zarazę przyniósł, sprowadził? Zawsze w takich czasach rozwijają się teorie spiskowe i zawsze jakaś grupa społeczna zostaje obwiniona – czy to podróżnicy, Żydzi, Cyganie, czy jeszcze ktoś inny – mówi litewska pisarka Kristina Sabaliauskaite.

Publikacja: 19.03.2021 17:00

Kristina Sabaliauskaite: Wilno niekoniecznie było polskie

Foto: Fotorzepa, Rokas Darulis

Plus Minus: Czy da się opowiadać historię uczciwie? I co to znaczy?

Zawsze powtarzam, że tam, gdzie człowiek zaczyna pożądane przyjmować za istniejące, kończy się historia i zaczyna ideologia. Od swych początków europejskie uniwersytety i ich wydziały historyczne były niezależne od władzy, autonomiczne, a już zwłaszcza pod względem prowadzonych tam badań. To niezaangażowanie było ważne.

Ale wyniki badań zawsze można interpretować. I na to już mają wpływ poglądy i przekonania historyka oraz grupy, z której się wywodzi.

Historyk zawsze powinien działać jak archeolog. Podchodzić do źródła z ciekawością, tak jak na wykopaliskach, bo nie wie, co tam znajdzie. Musi to odkopać i dopiero wtedy zobaczy, co znalazł i co skrywa ziemia, a wraz z nią przeszłość. Może tam będzie skarb? Ale może też masowy grób albo coś innego, o czym chcielibyśmy zapomnieć. Kto wie? Właśnie ta szczerość, skupienie i niebezkrytyczne podejście do źródła, znajomość kontekstu i umiejętność porównywania muszą stanowić podstawę działań historyka.

Tylko że pani jest nie tylko historykiem, ale też pisarką. Można sobie w takiej sytuacji pozwolić na więcej fantazji?

Reklama
Reklama

Zacznę od tego, że jak zawsze, wykonałam olbrzymią pracę dokumentacyjną przed przystąpieniem do pisania. Czytałam listy swoich bohaterów, opracowania naukowe, biografie, archiwa. Więc tych prawdziwych Radziwiłłów, zbudowanych z faktów, opisów i wspomnień ludzi im współczesnych, jest w trzeciej części „Silva Rerum" bardzo dużo. Jednocześnie sądzę, że zadaniem autora powieści historycznej jest to, by do autentycznej postaci, zbudowanej na faktach, dodać życia i emocji, pozostając przy tym empatycznym.

Marcin Mikołaj Radziwiłł, krajczy wielki litewski, kluczowa postać „Silvy rerum III", jest opisywany jako człowiek szalony. Więził własną żonę i dziecko niczym austriacki psychopata Josef Fritzl, prowadził harem, do którego porywał dziewczynki, a nawet preparował ludzkie zwłoki. Pani robi z niego postać intrygującą, jeśli nie pozytywną.

Bo był dla mnie postacią szalenie ciekawą. Był dzieckiem epoki z wszystkimi jej wadami. W źródłach historycznych, zwłaszcza tych późniejszych z początków XIX w., był opisywany jako obłąkany książę. Dla powieściopisarza to nieciekawe, taki „bad guy", jednowymiarowa czarna figura. Dlatego zaintrygowało mnie, gdy trafiłam na wzmianki, że był jednocześnie szalenie inteligentny, wykształcony, utalentowany muzycznie, który na dodatek miał silny imperatyw poznawania, fascynował go żydowski Talmud i alchemia. Krótko mówiąc – osoba nieprzeciętna z szeroką paletą zainteresowań.

Niejeden psychopata to prywatnie ciekawa osobowość.

No dobrze, wiedziałam, że pisali o nim: szaleniec, obłąkany, wariat, sadysta. To zresztą typowe dla całego XVIII w., bo przecież mówimy o epoce Markiza de Sade. W wielu krajach w tym czasie można dostrzec skłonność, zwłaszcza wśród arystokracji, do okrucieństwa, przekraczania kolejnych granic i poczucia bezkarności. Stworzyłam katalog postępków mojego bohatera i trzymając się wątku choroby psychicznej, zapytałam kilku psychiatrów, czy mógł być na coś konkretnego chory. Wszyscy odpowiedzieli, że wygląda to na klasyczny syndrom dwubiegunowy. Tym bardziej że można doszukać się traumatycznych doświadczeń w jego młodości. Bo to był bardzo nieszczęśliwy człowiek, opuszczony w dzieciństwie przez matkę, bity przez ojca. W taki właśnie sposób buduje się postać – poprzez empatię i próbę psychologizowania. Dzięki temu ona ożywa.

Trzeci tom jest też bardziej męski niż poprzednie – w zasadzie ciągle monologuje w nim jakiś mężczyzna.

Reklama
Reklama

Tak, tembr narracji zmienia się i opowiadam z punktu widzenia męskiego, co rewelacyjnie oddał w zrytmizowanym przekładzie Kamil Pecela. Podobnie jest w następnej, ostatniej części, która opowiada o reformach w Rzeczypospolitej Obojga Narodów i jej upadku.

Turna, w której swoją siedzibę ma Marcin Mikołaj Radziwiłł, położona na dzisiejszej Białorusi koło Brześcia, przypomina siedlisko sekty, trochę jak w „Księgach Jakubowych" Olgi Tokarczuk. Co więcej, obie książki ukazały się prawie równocześnie.

W lutym 2014 r. ukazała się na Litwie „Silva Rerum III", a jesienią 2014 r. „Księgi Jakubowe" w Polsce. Rozmawiałam o tym z Olgą Tokarczuk i uznałyśmy, że czasami jest specyficzny Zeitgeist, wspólne fascynacje się uzewnętrzniają, w tym przypadku XVIII w., wątek historii i kultury żydowskiej. To zdumiewające, że dwoje autorów może zupełnie przypadkiem mieć równoczesne, podobne fascynacje.

Obydwie też silnie eksponują panie wątek eskapistyczny. Niemal wszystkie postaci w pani książce chcą uciec w odległe światy – realne lub te wyimaginowane, wewnętrzne.

Tak, bo eskapizm jest bardzo ważnym elementem tamtej epoki. Całe to myślenie utopijne, ucieczka w egzotykę, teatr, sny i podświadomość. Dla Franciszki Urszuli Radziwiłłowej takim światem jest jej projekt teatralny. Ta kobieta na scenie projektuje rzeczywistość autonomiczną, która jest jej utopią.

Od ucieczki w wyimaginowane światy już tylko krok do snu i zapadania się w podświadomość, jak w teatrze Pedro Calderóna de la Barki.

Reklama
Reklama

Późny barok, czyli rokoko, to czas, w którym ludzie po raz pierwszy tak mocno zderzają się z irracjonalością. Wtedy też powstają pierwsze szpitale psychiatryczne w Europie. Ludzie zaczynają badać, czym jest szaleństwo. No i sen, śnienie na jawie, życie jak sen. Nie przypadkiem na okładce trzeciej części jest zasłona, która może też być teatralną kurtyną.

Przed czym ludzie tak bardzo chcieli uciec u schyłku baroku w XVIII w.?

Nazywam ten okres czasem zmroku przed oświeceniem. Stara kultura w naturalny sposób się wyczerpuje. Ludzie powtarzają dawne praktyki i kultywują dawny styl, a jednocześnie rodzi się coś nowego, coś bardzo ciekawego. W ustroju państwa narastają poważne problemy, rośnie napięcie polityczne i społeczne, które już za moment doprowadzi do głębokich reform. Na sejmikach króluje chaos, magnateria korumpuje szlachtę, która coraz bardziej grzęźnie w bezsensownych procesach sądowych, suplikach, petycjach itd. Wszyscy są skłóceni. Nie ma jednego, ogólnego celu i kierunku w życiu politycznym.

„Ten świat jest zgniły, naprawdę, nieodwracalnie zepsuty, potrzeba nam nowego" – urąga swym czasom Piotr Antoni Narwojsz, wierny sługa Radziwiłłów. Takie głosy, o schyłku i potrzebie zmian, słychać także i w 2021 r. Rokoko wróciło?

Zmiana i reformy, koniec końców nieudane, to temat ostatniej, czwartej części „Silva Rerum". Ale już pisząc trzecią część, widziałam dużo wątków paralelnych z teraźniejszością. Na przykład kult młodości jest bardzo ważny w tamtym okresie. Te wszystkie pudry i peruki...

Reklama
Reklama

A pod spodem syfilis i łysina, jak mówi Marcin Mikołaj Radziwiłł.

To ciągłe odmładzanie się, uchodzenie za wiecznie młodych jest bliskie naszym czasom. Drugi wątek, który wydawał mi się aktualny, to wzrost egodokumentacji.

Wszyscy piszą dzienniki.

I nie tylko. Jeden z Radziwiłłów – Uldaryk Krzysztof, o którym wspominam w powieści – był głęboko przekonany, że zna się na wszystkim. Pisał m.in. traktaty historyczne, a nawet traktat o melioracji, z którego wszyscy się śmiali, że mimo znajomości tematu u autora wszystkie stawy są zarośnięte... Napisał też pierwszy w naszym kraju podręcznik erotyczny. No i pierwszy podręcznik języka litewskiego. W żadnym temacie nie był jednak kompetentny. Nawet żona Marcina Mikołaja Radziwiłła, która nie jest osobą zbyt wykształconą, prowadzi swój diariusz, który jest ekwiwalentem naszego Facebooka czy Instagrama. Opisuje w nim, jakie klejnoty kupiła, co jadła na obiad, jakiego szarlatana odwiedziła i w jakim była sklepie. Te wszystkie drobiazgi spisywała. Owa chęć dzielenia się jest bardzo podobna do naszych czasów.

Skąd to się wzięło w ludziach baroku i w nas?

Reklama
Reklama

Może to po prostu krzyk o pomoc: Zobaczcie! Ja jestem, ja żyję, jem, coś robię. Ale nie tylko, bo dzieląc się tymi przyziemnymi, banalnymi sprawami, opowiadają oni jednocześnie o swoich zmaganiach z historią i wiecznością.

Strach przed śmiercią i końcem wszystkiego?

Tak jakby. I tak jak z ich wspomnień pozostało dziś niewiele, tak podejrzewam, że z naszych prób rejestrowania rzeczywistości niezbyt wiele się zachowa. Zapisane cyfrowo wspomnienia też kiedyś będą przestarzałe, tak jak kasety VHS i magnetofony. Jednym kliknięciem będzie można zlikwidować zdjęcia i wspomnienia całych pokoleń, wystarczy, że jakaś chmura danych zostanie skasowana.

Ale jednocześnie bardzo skupia pani uwagę na przedmiotach z epoki.

Bo kiedy trzymam w rękach stary list czy inny przedmiot, który był przekazywany z pokolenia na pokolenie, to wiem, że ludzie, którzy je sporządzili, obrócili się już w proch. I zostało po nich tylko to – rzeczy nieożywione, naładowane ich energią i losem. Trafiając w bibliotece na czyjąś sylwę (tytułową kronikę szlachecką, własnoręcznie spisaną przez głowę rodziny – red.), odczuwam powiew śmiertelności i lepiej ją rozumiem.

Reklama
Reklama

A pani korzysta z mediów społecznościowych?

Nie mam konta ani na Facebooku, ani na Instagramie. Może gdybym była początkującą pisarką, to musiałabym je mieć, żeby skupiać uwagę czytelników, ale tak się to w moim życiu ułożyło, że nie muszę tego robić i nie mam takiej potrzeby. Poza tym chyba nie byłabym fizycznie w stanie odpowiadać wszystkim na komentarze i wpisy. Prywatność to dzisiaj prawdziwy luksus.

Pani bohater wierzy w metempsychozę, wędrówkę dusz. Pani też jest bliskie to myślenie?

Nie wierzę w reinkarnację, niestety. Nasz los i nasz czas to w moim przekonaniu jedyne, co mamy. I musimy je jak najlepiej wykorzystać.

W drugim tomie „Silvy Rerum" opisała pani XVIII-w. zarazę w Wielkim Księstwie Litewskim. Możemy się z niej czegoś nauczyć?

Od razu mogę uspokoić, bo po przeczytaniu chyba wszystkich możliwych opracowań z historii medycyny o epidemiach w naszej części świata mam pewność, że nawet najgorsze zarazy – czarna śmierć w Europie czy epidemia z czasów Justyniana w Bizancjum – trwały około dwóch lat. Potem tworzy się naturalna odporność u ludzi, choć łatwiej przeżyć najzdrowszym i najsilniejszym. Jednak każda epidemia ma swój koniec, więc i covid, w czasach którego żyjemy, będzie miał swój kres.

A co zazwyczaj następowało po takich epidemiach?

Bardzo różnie. Czasami nic się nowego nie pojawia, ludzie szybko wracają do starego życia, wszystko odbudowują itd. Najciekawsze procesy dzieją się podczas samej pandemii, kiedy poszukuje się winnych. Czyżby epidemia była karą od Boga i czas się nawrócić? Albo może ktoś tę zarazę przyniósł, sprowadził? Zawsze w takich czasach rozwijają się teorie spiskowe i zawsze jakaś grupa społeczna zostaje obwiniona – czy to podróżnicy, Żydzi, Cyganie, czy jeszcze ktoś inny.

Jak pani znosi ten czas?

Najbardziej brakuje mi powrotów na Litwę, bo choć mieszkam w Londynie, to w Wilnie też mam rodzinny dom. Wcześniej niemal każdego miesiąca tam jeździłam, więc nigdy nie czułam się specjalnie odcięta ani od życia rodzinnego i towarzyskiego, ani od intelektualnego na Litwie. Spędziłam w Wilnie całe lato w 2020 r. i na początku września wróciłam do Londynu. Od tamtej pory nie wyjeżdżałam, co mi bardzo doskwiera.

Powtarza pani, że na Litwie czuła się bardzo polska – co to znaczy?

Chodzi mi o całe myślenie i spadek historyczny przedwojennego Wilna, który dostałam wraz z pamięcią wewnętrzną mojej rodziny. To było jedną z takich rzeczy, przez które czułam się inna od moich rówieśników, których rodzice przyjechali do Wilna po II wojnie światowej. Dla mnie to miejsce miało historię osobistą, a oni nie mieli żadnych sentymentów. I kiedy w czasach sowieckich wznoszone jakieś ohydztwo betonowe na wileńskiej starówce, to wszyscy chwalili, że to dobrze, bo wchodzi modernizm. A mnie bolało, że to szkaradztwo pojawia się na miejscu Pałacu Radziwiłłów, czyli Kardynalii. Do nich to nie przemawiało, nie wiedzieli tego i nie czuli. Tym bardziej że powtarzano, iż przed wojną Wilno było polskie, bo mieszkali tam Polacy, więc nie ma co rozpamiętywać tej historii. Tymczasem to miasto było polskojęzyczne, ale już niekoniecznie polskie. Mieszkali w nim ludzie, którzy żyli w stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego od stuleci, te same stare rodziny, z których nikt nigdy w swoim życiu nawet do Korony nie wyjeżdżał.

Dużo złego chyba wyrządziła litewskiej pamięci historycznej sowietyzacja po wojnie.

Tragedią rosyjskich historyków, często bardzo utalentowanych naukowców, jest fakt, że uniwersytet w Rosji zawsze był narzędziem władzy, nigdy nie miał autonomii. To miało ogromny wpływ na nauki humanistyczne. Bardzo trudno jest być filozofem, kiedy musisz działać pod cenzurą państwową. Miałam to szczęście, że uczyłam się nie tylko na uniwersytecie w zsowietyzowanym wówczas Wilnie, tylko dosyć dogłębnie poznałam kilka różnych kultur i sposobów życia społecznego oraz intelektualnego. Bo w gruncie rzeczy jestem produktem brytyjskiej akademii, bo w ośrodkach naukowych Wielkiej Brytanii spędziłam więcej lat swojego życia niż w ośrodku akademickim na Litwie. To daje pewien dystans i perspektywę, a także zdolność porównywania. Rzeczy, które uznawaliśmy za unikatowe na Litwie, wydały mi się po moim wyjeździe i po studiach na temat brytyjskiej historii XVII i XVIII w. nie tak znowu wyjątkowe. Dostrzegłam za to coś niepowtarzalnego w czymś innym, choćby właśnie w historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Kiedy byłem w 2019 r. w Wilnie, uderzyło mnie, jak wiele zabytków sakralnych, kościołów i cerkwi zostało przez Sowietów zniszczonych i zamienionych w miejsca świeckie – więzienia, koszary, magazyny.

Napisałam kiedyś opowiadanie „Wiatrowskazy wileńskie" o starym funkcjonariuszu KGB, który całe życie pracował w sferze ochrony zabytków i jego zadaniem było prowadzenie sowietyzacji Wilna poprzez urbanistykę. I on miał plan zamienić wszystkie krzyże z wileńskich kościołów w wiatrowskazy, bo przecież religijność dla sowieckiego, ateistycznego człowieka to coś przestarzałego. Okazało się, że historia, którą sobie wymyśliłam, była niejako prawdziwa, bo słynny historyk sztuki i znawca wileńskiej historii Vladas Drema napisał ważną książkę pt. „Zaginione Wilno". Po latach jego rodzina opowiadała, że rękopis tej książki, która jest olbrzymią pracą ikonograficzną na temat Wilna, bardzo długo leżał w sowieckim wydawnictwie i jej nie wydawano. Potem wezwano Vladasa Dremę i powiedziano mu: Może wydamy tę książkę, ale we wszystkich ilustracjach trzeba wyciąć z kadru krzyże z kościołów. Więc to była celowo prowadzona przez Sowietów polityka reurbanizacji i niszczenia znaków dawnej tożsamości. Dlatego też bardzo nie lubiono herbu Wilna – świętego Krzysztofa, który był wręcz wrogiem klasowym i zewsząd usuwano jego wizerunek. W miejscu jego figury na rogu ulicy Trockiej i Podwalnej postawiono rycerza, którego nazwano strażnikiem Wilna.

Wobec tak zawziętej sowietyzacji wydaje się, że Polaków w PRL spotkał łagodniejszy los.

Za czasów komuny, w czasach mojego dzieciństwa, patrzyliśmy na Polskę jak na kraj, gdzie ludzie są mniej zniewoleni. Mieliśmy takie wrażenie choćby za sprawą prasy, która trafiała do nas przemycana przez znajomych. Przez kilka lat sprowadzaliśmy sobie prenumeratę „Przekroju", i każdy numer to było wydarzenie. Nie wszystkie do nas docierały, pewnie je ktoś kradł na poczcie albo przechwytywała je cenzura. Podobnie było z polskim radiem i zachodnią literaturą, którą czytaliśmy w polskim przekładzie, bo zakazywała jej litewska cenzura, a w PRL-u była dostępna legalnie.

Jak Litwini odebrali „Silvę Rerum", gdzie bohaterami są mieszkańcy dzisiejszej Litwy, którzy mówią w języku polskim? Czy to wywołuje napięcia narodowościowe?

Nigdy nie odczułam żadnego rozdrażnienia, przeciwnie – wdzięczność, że przywróciłam ten kawałek historii dwóch narodów i Wielkiego Księstwa Litewskiego do masowej świadomości. Bo wcześniej był przedstawiany jako obcy z powodu tożsamości etno-lingwistycznej. Jednocześnie pokazałam, że język litewski był obecny wśród ludzi od dawnych czasów, bo przecież taki Jan Maciej Narwojsz, szlachcic z pierwszej części tetralogii, musiał się komunikować z chłopami żmudzkimi po litewsku. Potem było go coraz więcej. Zburzyłam też swoimi powieściami mit, który głosił, że odrodzenie języka litewskiego zaczęło się w połowie XIX w. wraz z romantykami i myśleniem narodowym. Wcale nie. Zaczęło się to już pod koniec XVIII w. i nie było to zainspirowane przez inteligencję wywodzącą się z chłopstwa, tylko właśnie przez arystokratów Wielkiego Księstwa Litewskiego – przez biskupów i profesorów uniwersyteckich.

Jeśli Wilno nie do końca jest litewskie, a tym bardziej polskie, to jakiego przymiotnika by pani użyła, aby je scharakteryzować?

Pierwsze moje wspomnienia z dzieciństwa, które mam z Wilna, są natury estetycznej. Widzę baszty kościołów, mam przed oczami chmury na pięknym niebie, te kolory, ten nastrój wizualny, trochę jakby włoski. Dlatego powiem, że Wilno jest po prostu piękne. 

Kristina Sabaliauskaite (ur. w 1974 r. w Wilnie) – pisarka i historyk sztuki, mieszkająca w Londynie. Jest autorką czterech części powieściowego cyklu „Silva Rerum", umiejscowionego w Wielkim Księstwie Litewskim w XVII i XVIII wieku. Nakładem Wydawnictwa Literackiego właśnie ukazał się po polsku trzeci tom tetralogii w przekładzie Kamila Peceli

Plus Minus
„Posłuchaj Plus Minus”: Nie będzie łatwego zakończenia wojny Rosji i Ukrainy
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Plus Minus
„Cisza i zgiełk obrazów”: Wyłonione ze zgiełku
Plus Minus
„Aces of Thunder”: Lataj ostrożnie!
Plus Minus
„O krok za daleko”: Dobry, prosty kryminał
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama