Wynalazki nie zmieniają świata. Każdy z nich jest tylko ostateczną realizacją pomysłu, który zrodził się dużo wcześniej. Winić lub wielbić technikę, przypisywać Edisonom tego świata zasługi albo obciążać ich odpowiedzialnością – to jak w relacjonowaniu działań wojennych skupiać się na szeregowych żołnierzach, zapominając o istnieniu sztabów generalnych. Oni tylko wykonują – rozkaz idzie z góry. Jakieś pragnienie, jakiś lęk, niepewność czy wręcz przeciwnie – diabelska pycha. Każde z nich wychodzi najpierw z ust i spod palców poetów i filozofów. Wszystkie „udogodnienia” są na początku wzniosłą frazą. „Ojcowie” pokrywają się kurzem w antykwariatach, podczas gdy ich „dzieci” dopiero zaczynają mościć się na półkach sklepów ze sprzętem RTV.
Czytaj więcej
Cywilizacje są jak nasiona. Muszą obumierać, inaczej nie wydadzą plonów.
Na początku była nuda
A chyba nigdzie indziej nie widać tej zależności lepiej niż w przypadku internetu. Wsadza nam się od małego do głowy, że za całym tym zamieszaniem stoi amerykańska armia czy może jakieś inne, równie poważnie i groźnie wyglądające siły. A tymczasem – na początku była nuda. Gdzieś między końcem XIX a początkiem XX wieku świat zaczął się wydawać tym, którym dano prawo wygłaszać sądy na jego temat, artystom i filozofom, zwyczajnie rozczarowujący. A skoro rzeczywistość zaczęła ich nużyć, postanowili wziąć z nią rozwód. Z pomocą pospieszyły nie tylko substancje psychoaktywne, ale też ich kulturowy odpowiednik – modernizm.
Nurt (myślenia, pisania, malowania, komponowania etc.) zrodzony z pogoni za dwiema od tej pory nadrzędnymi wartościami. Sztucznością i sensacją.