Wyższe kary wprowadzono do kodeksu pracy klasyczną wrzutką na końcowym etapie prac w Sejmie. Efekt dla premiera i Koalicji Obywatelskiej jest fatalny – Donald Tusk ledwo zdążył odświeżyć dobre relacje ze środowiskiem pracodawców, obiecał deregulację przy udziale zespołu Rafała Brzoski, a tu nagle koalicja bez zapowiedzi i konsultacji z przedsiębiorcami podwyższyła – i to wyraźnie – kary za m.in. niewypłacanie pensji, stosowanie zlecenia zamiast etatu, pracę na czarno.
Wrzutka w Sejmie w sprawie kar dla przedsiębiorców. Lewica odgryzła się Donaldowi Tuskowi?
Trudno nie dostrzec, że w ten sposób premierowi odgryzła się Lewica, niezadowolona z tego, że rząd bez uzgodnienia z mniejszymi koalicjantami obiecał ułatwienia dla firm. Sejmowe głosowanie to jednak tylko pstryczek w nos premiera, jedynie wygrana potyczka. Prawdziwa bitwa o kary dla firm rozegra się w Senacie. A izba wyższa pokazała już, że za pstryczek w nos potrafi oddać dużo mocniejszym szturchnięciem, które pokazuje miejsce koalicjantów w szeregu.
Dobrym przykładem jest ustawa o sygnalistach. Lewica na ostatnim etapie prac nad tymi przepisami rozszerzyła zakres zgłoszeń dokonywanych przez sygnalistów (o naruszenia prawa pracy), mimo ostrego sprzeciwu pracodawców. Senat wziął stronę tych ostatnich, Sejm ostatecznie senackie poprawki przyjął, a Lewica obeszła się smakiem.
Trudno uwierzyć, że znów zrobiłaby taki sam błąd – tym razem w kwestii kar dla firm – więc może jej chodzić w całej sprawie o coś innego. A tak się składa, że w ostatnich dniach Piotr Ostrowski, szef OPZZ (związku zawodowego tradycyjnie współpracującego z Lewicą) zaproponował, aby Państwowa Inspekcja Pracy, odpowiedzialna za kwestię karania pracodawców, podlegała nie – jak obecnie – Sejmowi (czytaj: Szymonowi Hołowni), lecz rządowi (czytaj: szefowej resortu pracy Agnieszce Dziemianowicz-Bąk). Jak to bywa w koalicji – każde głosowanie może mieć jakąś cenę.