Reklama
Rozwiń
Reklama

W kinach słabe Łono Benedeka Fliegaufa

Tekst "Łona" wygrał konkurs scenariuszowy "ScripTeast", ale film Fliegaufa wypadł mizernie - pisze Barbara Hollender

Aktualizacja: 16.12.2011 18:35 Publikacja: 16.12.2011 18:24

"Łono"

"Łono"

Foto: Aurora Films

Młoda kobieta siedzi na tarasie w domku na plaży. Jest w ciąży. Rozmawia z nienarodzonym dzieckiem. Tak zaczyna się film Benedeka Fliegaufa. Dziwny romans science fiction, bajka ocierająca się o filmową grafomanię.

Recenzje filmowe - czytaj więcej

Kobieta wspomina czas, gdy w dzieciństwie spędzała wakacje u dziadka nad morzem i zakochała się, z wzajemnością, w chłopcu z sąsiedztwa. Wróciła do mężczyzny, któremu kiedyś przysięgła wieczną miłość, po 12 latach. Dziecięce uczucie odżyło. Ale Tommy zginął na drodze, jadąc na manifestację, by zaprotestować przeciwko założeniu w okolicy parku z klonami zwierząt. Rebecca, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią ukochanego, postanowiła go "ożywić". Wystąpiła do Departamentu Replikacji Genetycznej o zgodę na zapłodnienie materiałem pobranym ze zwłok.

"Łono" mogło być delikatnym filmem o tragicznej miłości i bólu po stracie bliskiej osoby. To jednak Fliegaufowi nie starcza. Zadaje pytanie, co dalej. A odpowiadając na nie – gubi się. Traci z pola widzenia rodziców Tommy'ego, dla których sklonowanie martwego syna nie mogło być wydarzeniem nieważnym. Prześlizguje się po kwestiach etycznych związanych z klonowaniem człowieka, natrętnie wprowadza do filmu tematy ekologiczne, nieprzekonująco opowiada o społecznej niechęci do eksperymentowania z genetyką. Nie bardzo wiadomo, dlaczego małe klony, ładne i sympatyczne, otacza infamia i dlaczego rodzice nie pozwalają swoim dzieciom bawić się z nimi.

Reżyser skupia się na relacjach matki i syna. Chłopiec wyrasta na młodego mężczyznę – kopię własnego ojca. Między nim a Rebeccą, która w tajemniczy sposób w ogóle się nie starzeje, zaczyna się niebezpieczna gra zazdrości, namiętności, erotycznego przyciągania.

Reklama
Reklama

Twórcy filmu wszystko to wrzucają do jednego kotła, pichcąc niestrawne danie. "Łono" to film nie wiadomo po co nakręcony. Ani romans, ani thriller, ani artystyczne wadzenie się z Bogiem, ani obraz o meandrach współczesnej moralności. Denerwujący miszmasz, którego jedyną atrakcją jest grająca matkę-kochankę Eva Green, francuska dziewczyna Bonda, która osiem lat temu brawurowo zadebiutowała na ekranie w "Marzycielach" Bertolucciego.

Tekst "Łona" został uhonorowany prestiżową nagrodą Kieślowskiego w konkursie "ScripTeast". Nie wiem, co w nim urzekło jurorów. Film, niestety, z finezją dzieł twórcy "Niebieskiego" ma niewiele wspólnego. Jest raczej pretensjonalnym, pełnym niespełnionych obietnic kiczem.

Barbara Hollender

Film
„Ołowiane dzieci” i straszna wizyta Breżniewa. Czy Polacy będą tak witać Putina?
Film
Nie żyje Bożena Dykiel. Te role przyniosły jej sławę
Film
Amerykanie o „Ołowianych dzieciach”: niezłomna Kulig od Pawlikowskiego
Film
Cały filmowy świat w Berlinie. Startuje Berlinale
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama