Reklama
Rozwiń
Reklama

Prymas Bergoglio odmienił Argentynę

Ks. Francesco Ameriso, argentyński kapłan Opus Dei pracujący w Polsce

Publikacja: 19.03.2013 01:00

Rz: Ksiądz miał okazję poznać Ojca Świętego Franciszka, kiedy był on jeszcze prymasem Argentyny.

Ks. Francesco Ameriso:

To było bardzo wzruszające spotkanie. Jorge Bergoglio był wtedy arcybiskupem, ale jeszcze nie kardynałem. Jechałem z dworca  w Buenos Aires na spotkanie z regionalnym wikariuszem Opus Dei. Był wieczór, a dworzec nie dość, że jest tuż przy porcie, to jeszcze robotnicy kończyli akurat pracę i był nieprawdopodobny tłok. W Argentynie jednak jest taki zwyczaj, że jak ksiądz jest w sutannie, to kierowcy wpuszczają go do autobusu nawet jak już nie ma w nim miejsca i do tego za darmo. I tak do jednego, niesamowicie zatłoczonego autobusu trafiłem razem z innym księdzem, który zaczął mnie o wszystko wypytywać.

Na przykład o co?

Skąd jestem, dokąd jadę, do kogo, po co... Ale nie w formie przesłuchania, tylko ze szczerym zaciekawieniem. Opowiadał mi o ludziach, których prawdopodobnie spotkam. Mówił: nie martw się, to bardzo sympatyczni księża. Szukaliśmy wspólnych znajomych i rozmawialiśmy o nich, jakbyśmy się znali nie od dziś. Cały czas jednak to ja byłem osobą pytaną. Postanowiłem też się dowiedzieć czegoś o tym księdzu i pytam, z jakiej on jest tu parafii. A on na to: nie, ja nie jestem z żadnej parafii, ja jestem tu arcybiskupem.

Reklama
Reklama

Jakim był arcybiskupem?

W Argentynie realia Kościoła są zupełnie inne niż w Polsce. Jest dużo mniej chrztów, a nawet jeszcze niedawno było ich naprawdę niewiele. Prymas Bergoglio walczył z tą sytuacją – za jego czasów duchowni prowadzili ewangelizację od drzwi do drzwi. Nie było to łatwe zadanie, bo parafie w liczącym 16–20 milionów mieszkańców Buenos Aires są bardzo duże – nieporównywalnie większe niż polskie. A księży w parafiach jest niewielu. Biskup rzucił jednak wszystkich w teren, mieliśmy chodzić po domach, spotykać się z ludźmi, nieść im Słowo Boże, a później utrzymywać z nimi kontakt, kontynuować tę posługę.

Udało się?

Te spotkania były niesamowicie trudne, czasem organizowaliśmy np. święto chrztu świętego i chrzciliśmy w parkach i na ulicach dzieci, ale także dorosłych. Jednak, jak rok temu byłem w Argentynie, to przeżyłem olbrzymie zaskoczenie. Niegdyś mój kraj wyglądał podobnie jak pobliski Urugwaj – silna ateizacja, bardzo mocna świeckość, laickość. A tu przy lotnisku wsiadam do autobusu i nie dość, że kierowca mnie wpuszcza za darmo – ten zwyczaj praktykowany jest także przez ateistów – to jeszcze prosi mnie o błogosławieństwo. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło.

Może to taka jednostkowa sytuacja, trafił ksiądz przypadkiem na katolika...

Nie! W tym samym autobusie poprosiły mnie o błogosławieństwo jeszcze dwie osoby, koło których przechodziłem. Jak wysiadłem, to robotnicy pracujący przy jakiejś wyciągniętej na chodnik rurze nagle przerwali pracę i podeszli, także prosząc o błogosławieństwo. Potem podeszła jakaś pani z psem, a na koniec minąłem dwóch mormonów – łatwo ich rozpoznać w Argentynie, bo noszą gładko wyprasowane białe koszule z krawatem i ogólnie są bardzo skromnie, ale schludnie ubrani – i co prawda nie poprosili o błogosławieństwo, ale powiedzieli bardzo miło: „dzień dobry, panie księże". Argentyna się tak zmieniła przez ostatnie lata, że po prostu nie mogłem uwierzyć.

Reklama
Reklama
Wydarzenia
Nowy START podpisany
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama