Co więcej, używano do tego informacji pochodzących z akt personalnych dostępnych urzędnikom albo z innych państwowych źródeł. To polska placówka dyplomatyczna przy Komisji Europejskiej wysłała do MSZ w Warszawie listę uczestników spotkania w Brukseli z komisarzem odpowiedzialnym za kwestie sprawiedliwości, następnie lista ta trafiła do resortu sprawiedliwości, stamtąd do internetowych trolli, a stamtąd do wspierających władzę dziennikarzy, następnie zaś dokument zawierający ich PESEL-e i numery dokumentów służył do nagonki na osoby znajdujące się na tej liście. Znacznie bardziej przypomina to standardy państw autorytarnych niż demokratycznego państwa prawa. To nie totalitaryzm, przeciwnicy władzy nie giną w obozach ani więzieniach, ale standard licznych na świecie systemów półautorytarnych, gdzie przy pomocy aparatu państwowego i sprzyjających mu mediów zaszczuwani są obywatele, których władza uznaje za swoich przeciwników.
To symptom degeneracji systemowej, wręcz ustrojowej. Dymisja wiceministra sprawiedliwości czy sędziów zaangażowanych w ten proces niczego nie zamyka, ale każe postawić fundamentalne w demokracji pytania o polityczną odpowiedzialność. Przede wszystkim o odpowiedzialność ministra sprawiedliwości. Jeśli wiedział, jakimi metodami podległy mu resort zwalcza krytyków zmian w sądownictwie, powinien odpowiedzieć za to rażące naruszenie standardów. Łukasz Piebiak nie był nieważnym wiceministrem, ale sędzią nadzorującym wdrażanie tzw. reformy sądownictwa.
Jeśli Ziobro zaś nie wiedział, co się dzieje w jego resorcie, powinien szybko stracić pracę, gdyż znaczyłoby to, że nie nadaje się na zajmowane stanowisko. Tłumaczenie, które słyszymy dziś, że minister nie wiedział, co robi jeden z jego najważniejszych zastępców, jest równie śmieszne, co kompromitujące polityka, który wziął na siebie ciężar przeprowadzenia najgłębszych zmian w sądownictwie po 1989 roku.
Ale pytanie o polityczną odpowiedzialność nie może też ominąć patrona Ziobry, czyli Jarosława Kaczyńskiego. Każdy, kto choć trochę zna się na polityce, wie, że nie tylko kierunki zmian, ale również poszczególne paragrafy ustaw sądowych konsultowane były na Nowogrodzkiej. Ziobro nie walczył z sędziami TK czy później SN w swojej prywatnej wojnie.
Wojny z Andrzejem Rzeplińskim czy Małgorzatą Gersdorf były pokłosiem między innymi osobistej niechęci prezesa PiS do tych osób. Hektolitry pomyj wylewane np. na sędziów Sądu Najwyższego, którzy usiłowali bronić tej instytucji przed upolitycznieniem, były w obozie PiS na porządku dziennym. Skoordynowany trolling wymierzony w sędziów, którzy sprzeciwiali się zmianom, nie był marginesem, ale wpisywał się w politykę, którą firmował osobiście Jarosław Kaczyński. Zakładając przy maksimum dobrej woli, że ani minister sprawiedliwości, ani prezes PiS nie wiedzieli o działającej w resorcie sprawiedliwości grupie hakowej, to oni ponoszą polityczną odpowiedzialność za system, który stworzyli. Łukasza Piebiaka wiceministrem nie uczyniła Platforma, lecz PiS. Każda nominacja na takie stanowisko ma po 2015 akceptację Jarosława Kaczyńskiego, który ma ostateczny głos w sprawach kadrowych w państwie. Również i on ponosi odpowiedzialność za to, co się stało. Tym bardziej że tzw. reforma wymiaru sprawiedliwości nie była marginalnym działaniem. Była wielkim marzeniem Jarosława Kaczyńskiego, który planował ją od wielu lat – wystarczy sięgnąć po jego wypowiedzi z licznych wywiadów, również tych udzielanych „Rzeczpospolitej”. Miała być krokiem w kierunku budowy bardziej sprawiedliwego i demokratycznego nowego państwa.
Ale od trudnych pytań nie może uciec i premier Mateusz Morawiecki. To on zainwestował wiele swego politycznego autorytetu – szczególnie podczas zagranicznych wyjazdów czy w wywiadach udzielanych – w bronienie zmian dokonywanych przez PiS. Za każdym razem przekonywał, że celem zmian nie jest przejęcie politycznej kontroli nad sądownictwem, lecz jego dekomunizacja. Stąd fatalne historyczne porównania do denazyfikacji francuskich sądów epoki Vichy. To jednak smutny paradoks, że reforma sądownictwa w myśl narracji PiS miała być rozliczeniem z totalitarną przeszłością Polski, a tymczasem dokonywana była przy użyciu metod, których nie powstydziłaby się żadna policja polityczna totalitarnego państwa. To swoisty chichot historii, że zdeklarowani zwolennicy dekomunizacji i dezubekizacji stosowali iście ubeckie metody.