Donald Tusk udzielił dziś lekcji polityki - i to grając na wyjeździe. Narzucił polityczny rys spotkaniu, na którym gospodarzem był przecież Trzaskowski. W obliczu sceptycznej widowni mówił tak, jak uważa. Na pytanie o śluby jednopłciowe zapowiedział związki partnerskie, ale dał do zrozumienia, że zmiany w prawie muszą być dostosowane do akceptacji społecznej właśnie np. małżeństw jednopłciowych. Odpowiadał na trudne pytania bez krygowania. Na końcu wręcz wybuchł w odpowiedzi na pytanie o język śląski. Nakreślił ramy polityczne najbliższych lat dla środowiska KO: on będzie odpowiadał za najbliższe 2-3 lata i walkę z PiS, aż do wygranych wyborów. Zapowiedział w piątek jasną linię wobec sędziów powołanych przez neo-KRS i ruch ochrony wyborów na kolejne starcie wyborcze. Tusk nie pozostawił też złudzeń: nie będzie nadmiernego skrętu w progresywną stronę, którego wielokrotnie domagała się widownia. Nie było wrażenia, że Tusk był politykiem z ich bajki, z ich czasu. Lider PO zresztą tego nie udawał, ale na koniec wydawało się, że był w stanie przekonać dla swojej realpolitik widownię.