Potwierdziły się
informacje "Rzeczpospolitej" o starcie minister Anny Zalewskiej i Beaty Kempy, jak i o tym, że na listach nie pojawi się marszałek Sejmu Marek Kuchciński. Ale i tak zaskoczeń nie zabrakło. PiS po raz kolejny pokazało, że niektóre informacje potrafi utrzymać w tajemnicy przed dziennikarzami. Tak jak start Joachima Brudzińskiego, wpływowego ministra spraw wewnętrznych i jednego z najważniejszych polityków PiS. Jak wynika z naszych informacji wpływ na decyzję ministra Brudzińskiego miało być to, że chce poszerzyć swoje kompetencje w sferze europejskiej i międzynarodowej na poczet swojej politycznej przyszłości.
Jarosław Kaczyński postawił na nazwiska, które będą skuteczne w mobilizowaniu elektoratu PiS. Zwłaszcza poza dużymi miastami. A właśnie takiej demobilizacji stratedzy PiS się obawiają. Tak jak tego, że używanie karty niechęci wobec Brukseli może mobilizować jednocześnie elektorat PiS, jak i opozycji. Stąd mocne, rozpoznawalne nazwiska. W PiS można spotkać się z przekonaniem, że prezes PiS widział potrzebę dokonania zaskakującego kroku, który będzie podobny np. do wystawienia Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich czy zmiany premiera na Mateusza Morawieckiego.
A Koalicja Obywatelska mimo dołączania kolejnych partii nie ma jeszcze ustalonych list. I nie będzie to proste. Ale Kaczyński - jak wynika z naszych rozmów - dostrzegł potrzebę skontrowania tych nazwisk, które już się pojawiły w obiegu jako kandydaci opozycji.