Reklama

Samotne święta 2020

Dawno już nie panowała tak głęboka ciemność jak ta, w której odbędą się za dwa tygodnie święta Bożego Narodzenia. Samotnie albo w mocno okrojonym składzie będziemy patrzeć na choinkę i oglądać „Kevina samego w domu". Ale w ciszy znowu coś się wydarzy.

Aktualizacja: 11.12.2020 22:52 Publikacja: 11.12.2020 10:00

Samotne święta 2020

Foto: AdobeStock

Tuż przed Bożym Narodzeniem 2018 roku w internecie pojawiła się reklama nowego asystenta Google zatytułowana „Kevin znów sam w domu". Rzeczywiście, był to ten sam dom, te same kadry, a nawet ten sam, choć 36-letni, Macaulay Culkin. Inne było tylko to, że tym razem było mu w swojej samotności bardzo dobrze. Nie musiał zajmować się domem, tęsknić za rodziną ani obawiać czyhających za rogiem złodziei; elektroniczny asystent wszystkiego dopilnował, dotrzymywał mu towarzystwa, a nawet odstraszył rabusiów.

Coś jednak poszło nie tak. Reklama miała zagrać na nostalgii widzów, zamiast tego jednak najbardziej oddanych fanów Kevina poważnie zirytowała. Bezpardonowo obeszła się z tym, co w filmie Chrisa Columbusa było – każącym się co roku zbierać całym rodzinom przed telewizorem – sednem. Kevin nie chciał, po prostu nie mógł być w święta sam. Osią, zarówno tej fabuły, jak i jej drugiej części, jest przecież wyścig z czasem: czy uda się zdążyć przed świętami, spędzić je razem? Jest to też tak naprawdę oś każdego z setek świątecznych filmów, niezależnie od tego, do jakiego należą gatunku. Od komedii romantycznej po psychologiczny dramat – święta Bożego Narodzenia są wymarzoną okolicznością dla scenarzystów i reżyserów, ponieważ stawiają pewną sprawę na ostrzu noża. A sprawą tą, jak w żadnej innej chwili w ciągu roku bolesną i domagającą się rozwiązania, jest samotność.

W tym roku, jak nigdy wcześniej, jest też sprawą problematyczną. Czy spędzanie świąt z najbliższymi, zjeżdżanie się całych rodzin w jedno miejsce jest tylko kulturowym przyzwyczajeniem; czymś z czego, przez sanitarną ostrożność, bez ryzyka utraty czegoś naprawdę ważnego można akurat w tym roku zrezygnować? Czy może święta spędzane w samotności tracą nie tylko na swoim klimacie, ale też na sensie?

Z rodzinnymi spotkaniami podczas świąt Bożego Narodzenia jest jak z puentą starego dowcipu o chłopcu, którego uważano za niemowę, aż podczas niedzielnego obiadu zapytał: „Gdzie jest kompot?". A kiedy rodzina zaczęła dopytywać, dlaczego do tej pory milczał, odpowiedział zaskoczony, że przecież kompot zawsze był. My też siedzieliśmy cicho, nigdy nie odzywaliśmy się na temat świąt, bo przecież zawsze były. Ale w 2020 roku nic nie jest takie jak zawsze. Być może jest to więc pierwsza taka okazja, żeby sprawdzić, z jakich owoców kompot ten został zrobiony.

Dalekie echo

Narodziny Boga stały się przyczyną zbiegowiska. Nie tylko spontanicznego, ale też, przy okazji, totalnego. Wszystko zaczyna się od zwierząt stojących po dwóch stronach narodzonego Chrystusa – woła i osła. Pojawiały się tam od początku, od pierwszych wieków chrześcijaństwa; za każdym razem, kiedy przedstawiano Jezusa jako noworodka, zawsze był on w towarzystwie tych dwóch konkretnych, żadnych innych zwierząt. Rzecz sięga swoimi korzeniami Starego Testamentu, zdania z księgi Habakuka: „W pośrodku dwojga zwierząt oznajmisz się", i Izajasza: „Wół rozpoznaje swojego pana i osioł żłób swego gospodarza".

Reklama
Reklama

Dlaczego to takie ważne? Ponieważ wół był symbolem Izraela, a osioł – pogan. Jeden symbolizował to, co czyste, drugi – nieczyste. Robił to na tyle wyraźnie, że w prawie żydowskim istniał nawet zapis zakazujący trzymania ze sobą wołów i osłów. W proroctwach Habakuka i Izajasza chodziło więc o to, że Mesjasz zniesie kluczową różnicę, na jakiej oparte było stare przymierze, zniesie dotychczasowe kryteria czystości i nieczystości. Zgromadzi w jednym miejscu, otworzy drzwi zarówno dla Żydów, jak i pogan.

Żłóbek jest zawsze magnesem, który przyciąga wszystkich z każdej strony – jest kamieniem wrzuconym w środek kompozycji ikony, z którego rozchodzą się kolejne kręgi zgromadzonych wokół niego istot. Centrum nie istnieje w końcu bez peryferii, a Boże Narodzenie bez stworzenia, którego częścią stał się przed momentem Bóg. Z jednej strony przychodzą więc najprostsi, stojący najniżej w hierarchii społecznej pasterze, z drugiej – mędrcy ze Wschodu. Idzie ich trzech, żeby symbolizować trzy okresy w życiu człowieka – dzieciństwo, dorosłość i starość – oraz każdą ze znanych w tamtym świecie ras. Nad żłóbkiem, umieszczonym do tego w grocie, miejscem tak brudnym i ciemnym, jak tylko można to sobie wyobrazić, unoszą się aniołowie, najczystsze z istot. Nie ma takiej różnicy czy ograniczenia, które nie zostałoby tutaj starte w pył. Ta scena stara się zmieścić w sobie każdy z odcieni stworzenia.

To nie tradycja czy kultura uczyniły Boże Narodzenie okazją do spotykania się, wyruszania w poszukiwaniu naszego centrum, własnego magnesu i początku. A skoro już o podróżowaniu mowa – to nie przypadek, że jedna z najpopularniejszych piosenek świątecznych wszech czasów to „Driving Home for Christmas" Chrisa Rea. Opowieść człowieka, który jedzie do domu na święta, z każdym kilometrem wracają do niego kolejne wspomnienia, patrzy na kierowcę w samochodzie obok i poznaje po jego twarzy, że on też ma tak samo. I nie może się doczekać, aż wreszcie postawi stopy na świętej, rodzinnej ziemi. Przypadkiem nie jest również fakt, że spora część świątecznego kina – z przygodami Kevina na czele – to filmy drogi. Opiłki popkultury przyciągane są tym samym magnesem, co postaci na świętych ikonach. Ten sam jest kierunek – od peryferii do centrum, miejsca spotkania.

Każda z tych podróży, z ich celem – rodzinnym domem i przebiegiem – powracającymi wspomnieniami, przeszłością odmierzaną pokonywanymi kilometrami, jest dlatego tak do siebie podobna, dlatego Chris Rea mógł się zrozumieć z siedzącym w aucie obok gościem bez słów, ponieważ istnieje konkretny, wspólny dla każdej z tych podróży wzór. Droga, jaką Józef z Maryją pokonali z Nazaretu do Betlejem, od miejsca zamieszkania do domu rodzinnego. 150 kilometrów prowadzących przez całą świętą historię Izraela, ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami. Minęli najpierw Szunem, gdzie prorokował Elizeusz, a zaraz potem Jizreel, dom bałwochwalczej królowej Izebel. U progu Gilboa wspomnieli na pewno Saula i Jonatana, którzy tam właśnie polegli w walce. Nie mogli ominąć też Samarii, ziemi dawno temu pobłogosławionej przez Jahwe, osłaniającej grób Józefa i studnię Jakubową, która teraz była już tylko krainą odstępstwa i niewierności. Dalej była Judea, a w niej Szilo i Betel, skąd pochodzili najwięksi z proroków Izraela. Na końcu ich oczom ukazało się Jeruzalem, a w nim – Świątynia, której odbudowę kończył właśnie król Herod. Dom rodzinny był już na wyciągnięcie ręki. Kilkanaście wieków starego przymierza – przebyte w góra cztery dni. Klimat tych świąt może i stał się najbardziej ogranym chwytem marketingowym w historii kapitalizmu, ale to nie marketingowcy go wymyślili. Święta Bożego Narodzenia takie, jakimi są dzisiaj, są dalekim echem tego, czym być powinny. Co w niczym nie zmienia faktu, że wciąż, w całym ich skomercjalizowaniu i banalizacji, rozbrzmiewa ten pierwszy krzyk. Echo płaczącego Boga. Początek końca.

Drzewo sądu

W żadnym innym czasie Kościół nie powtarza w swojej liturgii słowa „koniec" tak często, co w adwencie. Przez te kilka tygodni każdego dnia ogłasza nowe, coraz bardziej apokaliptyczne wizje. I tak od dwóch tysięcy lat. Od kiedy tylko zaczął się wielki adwent historii, w końcu pierwsze przyjście Chrystusa na świat to zapowiedź przyjścia drugiego i ostatniego. Trudno jednoznacznie stwierdzić, które Jeruzalem Maryja zobaczyła pod koniec drogi do Betlejem. Czy to, które odbudowywał i upiększał pod czujnym okiem Rzymian Herod Wielki, czy jednak to drugie. Nowe Jeruzalem, miasto święte, w którym po końcu czasów spotkają się wszyscy zbawieni. To, w które wszyscy wpatrujemy się co roku, urzeczeni jakimś tajemniczym przyzwyczajeniem.

Choinka jest jedynym drzewem o kształcie tak wyraźnie przypominającym stożek, zwężając się ku górze, swoją istotą wyraża dążenie do szczytu, zwieńczenia. A żeby je podkreślić, przyjęło się umieszczać na jej czubku gwiazdę lub anioła. Tradycyjne symbole najwyższych zwierzchności i władzy. Ciągnące się od dołu ku górze łańcuchy oznaczają drogę, a może pielgrzymkę czy nawet procesję wiodącą na szczyt. Jedyne takie, towarzyszące wznoszeniu się, napięcie. Można nie wiadomo jak długo krążyć, pozornie oddalać się co chwilę i zbliżać, być wiernym, by zaraz potem zdradzić – jak Izrael i kontynuujący jego podróż przez historię Kościół – byle tylko krążyć wokół centrum. Jak łańcuch krąży po osi świątecznego drzewka. Wtedy i tylko wtedy wiadomo, że zmierza się we właściwym kierunku.

Reklama
Reklama

Najważniejsze jednak są lampki, kiedyś świeczki. Choinka musi się świecić, inaczej jest tylko zwykłym drzewem. Świętość nie ma innego symbolu poza światłem; a światło rozpraszające mrok najkrótszych dni w roku z niewieloma rzeczami kojarzy się tak czytelnie co ze świętami, w mroku historii odbijającymi w swoim życiu blask jedynego Boga. Każda lampka jest osobna, ale wszystkie świecą tym samym płomieniem, są zasilane z jednego źródła.

Przypomnijmy sobie tę chwilę, w której na rynkach miast z wielką celebrą zapalane są choinki. Wydarzenie, które jeszcze do zeszłego roku potrafiło zgromadzić prawdziwe tłumy. Dlaczego? Po co tam przyszły? Jest coś wyjątkowego w widoku zapalającej się nagle pośrodku ciemności choinki. Kolejne echo, jeszcze jeden okrzyk. Kończący Pismo Święte i w związku z tym całe objawienie okrzyk świętego Jana, autora „Apokalipsy": Przyjdź, Panie.

Na samym dole tej mistycznej konstrukcji leżą prezenty. Znajdują się tam, pod spodem, z tego samego powodu, dla którego według innej tradycji ukrywa się je na dnie skarpety. Muszą być ukryte, tak głęboko, jak tylko się da. Dno skarpety i korzeń drzewa są tym samym – symbolem ukrycia najgłębszego z możliwych, trzymania w tajemnicy, aż nie nadejdzie właściwy moment; tego, co się w nich kryje, nie można ujawnić przed czasem. Jeszcze nie tak dawno temu napięcie wiążące się z ich rozpakowywaniem było dużo większe niż teraz. Nie było takie pewne, czy znajdzie się tam faktyczny prezent, czy może bryła węgla albo rózga. Był to moment rozliczenia; jedyna tak wyraźna i dramatyczna w ciągu roku chwila wydania wyroku; nagrody lub kary. Zbiegiem teologiczno-wychowawczych okoliczności tradycja ta zaniknęła mniej więcej w podobnym czasie, co wiara w wieczne potępienie dusz.

Wpatrywanie się samotnie w choinkę ma jeszcze mniej sensu niż jedzenie kolacji wigilijnej czy śpiewanie kolęd w pojedynkę. Jest ona ostatnim tak żywym i wyraźnym symbolem tego, że jednak będzie inny koniec świata. Wydarzenie nie na skalę pojedynczych biografii, ale na miarę całej historii świata. W blasku tego drzewka odbija się bladym światłem to samo przeczucie, które średniowiecznym mnichom kazało zrywać się w środku nocy, by czuwać i odmawiać psalmy. Bo przecież nikt nie zna dnia ani godziny. A koniec, kiedy przyjdzie, będzie wspólny. Będzie to koniec nie tylko obecnego pokolenia, ale wszystkich, które przeminęły. W Dolinie Jozafata, miejscu ostatecznego sądu, zbierze się tłum, jakiego świat nie widział i nigdy już nie zobaczy.

Cicha noc, ciemna noc

Ostatni z powodów, dla których w Boże Narodzenie mamy zwyczaj się zjeżdżać i spotykać, powinien stać się szczególnie zrozumiały w tym roku. To chwila najgłębszego kryzysu, najkrótszych dni w roku, moment przesilenia. Od tej pory dnia będzie już tylko przybywać. Z tego właśnie powodu 25 grudnia odprawiano ceremonie ku czci bogini Mitry, później – narodziny Boga Słońca, a Słowianie odprawiali Szczodre Gody. W ten straszny czas, kiedy siły zła były najmocniejsze, a ciemności najgłębsze, nie można było pozostawać samemu.

Narodziny Jezusa nastąpiły w chwili najgłębszego kryzysu duchowego, jaki kiedykolwiek przeżywała ta część świata. Dochodzący właśnie do szczytu swojego rozwoju Rzym w dziedzinie religijności był akurat jednym z najuboższych imperiów w dziejach. Ich poeta Juwenalis pisał, że „nawet dzieci nie wierzą już w to, że istnieją many, podziemne królestwa, czarne ropuchy w Styksie i uzbrojony w żerdź przewoźnik, który w jednej jedynej łódce przewozi tysiące ludzi". Grecja, wobec której pozostawał wiecznym dłużnikiem, akurat tutaj nie miała zbyt wiele do zaoferowania. W momencie podboju stała już na twardym gruncie sceptycyzmu i ateizmu. Swoje metafizyczne potrzeby Rzymianie zaspokajali, czerpiąc z religii Wschodu, kultów Asztarty, Baala i Baality, Adonisa z Byblos i im podobnych. Brali od nich przy tym głównie to, co najniższe: przesądy, fetyszyzm i krwawe obrzędy. Z kolei Izrael, podbity i wewnętrznie podzielony, docierał właśnie do kresu swojej politycznej egzystencji. Od pięciuset lat nie pojawił się żaden prorok, na tronie zasiadał znienawidzony przez swój naród i uległy wobec okupantów Herod. Z jednej więc strony wielkość, która na oślep szuka głębszego uzasadnienia swojego istnienia; wie tylko, że świat zgina przed nią kark, ale poza siłą i porządkiem niewiele ma mu jeszcze do zaoferowania. Z drugiej – lud obietnicy, trzymający się jej kurczowo, ale coraz słabszymi palcami. Narodziny Chrystusa, założenie Kościoła, miało połączyć te dwa przeznaczenia w jeden los. W innym sensie, ale dla obu tych wspólnot były momentem przesilenia, światłem rozbłyskującym w najczarniejszą noc.

Reklama
Reklama

Zadziałał tu, jak za każdym razem, kiedy mowa o Bożym Narodzeniu, mechanizm magnesu. Dotychczas niemające ze sobą wiele wspólnego peryferia zaczynają krążyć koncentrycznym ruchem wokół centrum, jak bożonarodzeniowy łańcuch pnący się wokół choinki. Wół i osioł, pastuszkowie i mędrcy, Izrael i Rzym – wszyscy wyruszają na spotkanie jednego przeznaczenia.

Dawno już nie panowała tak głęboka ciemność jak ta, w której odbędą się za dwa tygodnie święta Bożego Narodzenia. Drogi prawdopodobnie nie zakorkują się jak zawsze o tej porze roku. Duża część świątecznych spotkań się nie odbędzie. Samotnie albo w mocno okrojonym składzie będziemy patrzeć na choinkę i oglądać „Kevina samego w domu". Ale w tej ciszy znowu coś się wydarzy, odbije w niej echem pewien płacz i krzyk. Jeszcze raz, jak zawsze. Może tylko teraz łatwiej będzie go usłyszeć. 

Podczas pisania tego tekstu korzystałem między innymi z prac Henriego Daniel-Ropsa „Od Abrahama do Chrystusa" i „Dzieje Chrystusa" oraz materiałów zgromadzonych na stronie thesymbolicworld.com

Plus Minus
„Sny o pociągach”: Życie i cała reszta
Plus Minus
„Code Vein II”: Uważaj na zjawy
Plus Minus
„Zabójcza przyjaźń”: Nieogarnięty detektyw
Plus Minus
Gość „Plusa Minusa” poleca. Prof. Krystian Jażdżewski: Jak żyć, kiedyś i teraz
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama