Tuż przed Bożym Narodzeniem 2018 roku w internecie pojawiła się reklama nowego asystenta Google zatytułowana „Kevin znów sam w domu". Rzeczywiście, był to ten sam dom, te same kadry, a nawet ten sam, choć 36-letni, Macaulay Culkin. Inne było tylko to, że tym razem było mu w swojej samotności bardzo dobrze. Nie musiał zajmować się domem, tęsknić za rodziną ani obawiać czyhających za rogiem złodziei; elektroniczny asystent wszystkiego dopilnował, dotrzymywał mu towarzystwa, a nawet odstraszył rabusiów.
Coś jednak poszło nie tak. Reklama miała zagrać na nostalgii widzów, zamiast tego jednak najbardziej oddanych fanów Kevina poważnie zirytowała. Bezpardonowo obeszła się z tym, co w filmie Chrisa Columbusa było – każącym się co roku zbierać całym rodzinom przed telewizorem – sednem. Kevin nie chciał, po prostu nie mógł być w święta sam. Osią, zarówno tej fabuły, jak i jej drugiej części, jest przecież wyścig z czasem: czy uda się zdążyć przed świętami, spędzić je razem? Jest to też tak naprawdę oś każdego z setek świątecznych filmów, niezależnie od tego, do jakiego należą gatunku. Od komedii romantycznej po psychologiczny dramat – święta Bożego Narodzenia są wymarzoną okolicznością dla scenarzystów i reżyserów, ponieważ stawiają pewną sprawę na ostrzu noża. A sprawą tą, jak w żadnej innej chwili w ciągu roku bolesną i domagającą się rozwiązania, jest samotność.
W tym roku, jak nigdy wcześniej, jest też sprawą problematyczną. Czy spędzanie świąt z najbliższymi, zjeżdżanie się całych rodzin w jedno miejsce jest tylko kulturowym przyzwyczajeniem; czymś z czego, przez sanitarną ostrożność, bez ryzyka utraty czegoś naprawdę ważnego można akurat w tym roku zrezygnować? Czy może święta spędzane w samotności tracą nie tylko na swoim klimacie, ale też na sensie?
Z rodzinnymi spotkaniami podczas świąt Bożego Narodzenia jest jak z puentą starego dowcipu o chłopcu, którego uważano za niemowę, aż podczas niedzielnego obiadu zapytał: „Gdzie jest kompot?". A kiedy rodzina zaczęła dopytywać, dlaczego do tej pory milczał, odpowiedział zaskoczony, że przecież kompot zawsze był. My też siedzieliśmy cicho, nigdy nie odzywaliśmy się na temat świąt, bo przecież zawsze były. Ale w 2020 roku nic nie jest takie jak zawsze. Być może jest to więc pierwsza taka okazja, żeby sprawdzić, z jakich owoców kompot ten został zrobiony.
Dalekie echo
Narodziny Boga stały się przyczyną zbiegowiska. Nie tylko spontanicznego, ale też, przy okazji, totalnego. Wszystko zaczyna się od zwierząt stojących po dwóch stronach narodzonego Chrystusa – woła i osła. Pojawiały się tam od początku, od pierwszych wieków chrześcijaństwa; za każdym razem, kiedy przedstawiano Jezusa jako noworodka, zawsze był on w towarzystwie tych dwóch konkretnych, żadnych innych zwierząt. Rzecz sięga swoimi korzeniami Starego Testamentu, zdania z księgi Habakuka: „W pośrodku dwojga zwierząt oznajmisz się", i Izajasza: „Wół rozpoznaje swojego pana i osioł żłób swego gospodarza".