Prywatny sajgon z sajgonkami

Rodzinny obiad w czerwcu ma swoje stałe pozycje: ostatnie białe szparagi, truskawki w postaciach od naturalnej po płynną – jako bardzo witaminowa margarita, chłodnik z młodymi kartoflami, pieczone zrazy cielęce z kurczakowym nadzieniem.

Publikacja: 20.06.2009 02:53

Prywatny sajgon z sajgonkami

Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Do polskiego menu dorzucam jeszcze sajgonki, których przygotowania metodą nieustających prób i wielkich błędów nauczyłam się w Wietnamie.

Dla jednej osoby to zajęcie na dwie godziny. Nad kuchnią przechodzi wtedy azjatycki tajfun, bo do zawinięcia i zwilżenia ryżowych placków trzeba dużo miejsca, więc przeszkadza nawet kot ocierający się o nogi.

Sajgonki trzeba smażyć na bieżąco, bo odłożone nawet na pół godziny kleją się i zamiast zgrabnego pasztecika wychodzą pulpety z ryżowymi farfoclami.

Podstawa klasycznego nadzienia to mielone chude mięso wieprzowe zmieszane w proporcjach 50:50 z przelanym wrzątkiem cieniutkim makaronem ryżowym pociętym na dwucentymetrowe kawałki. Do tego w miarach, do których trzeba samemu dojść, drobno posiekane: grzyby szitake (ja daję cztery, pięć sztuk na kilogram mięsa), duży kawałek świeżego imbiru (ok. ćwierć kilograma), pęczek dymki, dwa całe jajka. Wyrabiam to i wyrabiam, aż masa odchodzi od ręki. Dodaję jeszcze sos sojowy, sól, pieprz, odrobinę cukru i kieliszek sherry.

Masa musi być pyszna do tego stopnia, żeby chęć próbowania stłumiła myśl o szkodliwości surowej wieprzowiny. W wersji lżejszej wieprza w nadzieniu zastępuje zmielona pierś kurczaka, w droższej – zmielone krewetki, w wegetariańskiej – utarte marchewka i młoda kalarepka. Wtedy makaron mieszamy pół na pół z kiełkami sojowymi.

Kiedy nadzienie jest gotowe, zaczyna się robota. Na uprzątniętym ze wszystkiego blacie ustawiam głęboki talerz z gorącą wodą, do której dodaję łyżeczkę cukru. Te proporcje trzeba utrzymać przez cały czas smażenia. Placek ryżowy moczę w wodzie, odkładam, żeby zmiękł, i moczę następny. Kiedy jest gotowych sześć, siedem sztuk, zawijam jak paszteciki i smażę z obydwóch stron na gorącym oleju, który powinien dokładnie przykrywać dno patelni. Sajgonki łatwo się przypalają, co przyspiesza cukier, nadający ryżowej osłonce pyszną chrupkość. Usmażone odkładam na papier, żeby tłuszcz mógł wsiąknąć. I tak do końca farszu. Z podanej ilości składników wychodzi 50 – 60 sajgonek. To tylko pozornie dużo.

Sajgonki zawsze robię z wyprzedzeniem i odgrzewam na suchej teflonowej patelni.

Jemy je zawinięte w liście sałaty, z listkiem mięty i moczone w sosie rybno-limonkowym z chili albo gotowym tajskim słodko-ostrym. To klasyczna wersja maksi. Midi to wkład do składkowego grilla, bo to azjatyckie cudo bez problemu można podgrzać na aluminiowej tacce na tyle tylko, żeby ryżowa otoczka była chrupiąca. Wersja mini to wyjadanie ich z lodówki po kryjomu przed innymi domownikami. Bez odgrzewania, bez sosu, sałaty i mięty. Wtedy smakują najbardziej.

Do polskiego menu dorzucam jeszcze sajgonki, których przygotowania metodą nieustających prób i wielkich błędów nauczyłam się w Wietnamie.

Dla jednej osoby to zajęcie na dwie godziny. Nad kuchnią przechodzi wtedy azjatycki tajfun, bo do zawinięcia i zwilżenia ryżowych placków trzeba dużo miejsca, więc przeszkadza nawet kot ocierający się o nogi.

Pozostało jeszcze 86% artykułu
Kultura
Afera STOART: czy Ministerstwo Kultury zablokowało skierowanie sprawy do CBA?
Kultura
Cannes 2025. W izraelskim bombardowaniu zginęła bohaterka filmu o Gazie
Kultura
„Drogi do Jerozolimy”. Wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie
Kultura
Polska kultura na EXPO 2025 w Osace
Kultura
Ile czytamy i jak to robimy? Młodzi więcej, ale wciąż chętnie na papierze