Cena za zdecydowane zwycięstwo liberalnego ugrupowania premiera Marka Ruttego może być jednak wysoka. Nie tylko dla Holandii, ale dla całej Unii Europejskiej.
Rutte w ostatniej fazie kampanii wyborczej przejął bowiem populistyczne hasła Wildersa. Wprowadził je na salony po to, by Wildersa pokonać. Rutte pokazał obywatelom, że nie muszą się wstydzić swoich obaw wobec społeczności tureckiej, w znacznym stopniu zainteresowanej bardziej tym, co się dzieje w Turcji, czyli poza Unią Europejską, niż w kraju, w którym żyją. Bardziej przywiązanej do islamu niż europejskich wartości.
Podstawowe pytanie brzmi, czy po wyborach wstyd związany z obawami wobec innych kulturowo współmieszkańców (i przyszłych imigrantów) pojawi się na nowo? Czy też wielu niegłosujących na Wildersa Holendrów uzna, że skoro premier w chwili przedwyborczej szczerości pokazał, co elity myślą o Turkach i muzułmanach, to oni już nie muszą się ze swoimi lękami ukrywać? Właśnie elity, nie sam szef rządu Rutte, bo stanowcze podejście do Turków prowadzących na terenie Holandii kampanię przed kwietniowym referendum konstytucyjnym wsparli liderzy prawie wszystkich niepopulistycznych partii holenderskich.
Prezydent Turcji Recep Erdogan, który zarzucił władzom Holandii, że blokując tureckie wiece w swoim kraju, dowiedli, że są faszystami, pomógł wygrać wybory Markowi Ruttemu. Ale radość ze zwycięstwa może się skończyć, gdy Ankara zerwie porozumienie z Unią ograniczające w znacznym stopniu napływ nowych imigrantów do Europy. A tym właśnie w środę zagroził szef tureckiej dyplomacji, upokorzony kilka dni wcześniej zakazem wjazdu do Holandii.
Można sobie wyobrazić, jak zareagują szykujący się do wyborów Francuzi czy później Niemcy, gdy na ekranach telewizorów znowu zobaczą dziesiątki tysięcy imigrantów maszerujących przez Europę.