Z tego artykułu dowiesz się:
- W jakiej kondycji jest rynek ubezpieczeń w Polsce.
- Jakie są przyczyny i skutki wojny cenowej w segmencie ubezpieczeń komunikacyjnych.
- Na czym polega „luka ubezpieczeniowa” i dlaczego nasycenie rynku polisami jest w Polsce trzykrotnie niższe niż średnia europejska.
- Jakie szanse i wyzwania dla branży niosą zmiany demograficzne oraz planowane inwestycje infrastrukturalne.
Minęły trzy miesiące od objęcia przez pana stanowiska prezesa Polskiej Izby Ubezpieczeń. Poznał pan już sytuację w Izbie, wie, w jakiej jest kondycji, czego potrzebuje?
Tak, myślę, że te trzy miesiące pozwoliły mi dosyć dobrze poznać PIU. Izba jest w dobrej kondycji, mamy świetny zespół, który prezentuje bardzo wysoki poziom wiedzy z zakresu ubezpieczeń. Ale na pewno jest też parę rzeczy do zmiany.
Co pan ma na myśli?
Na początku czerwca do zakładów ubezpieczeń wysłaliśmy ankietę, w której poprosiliśmy o ocenę PIU. Ona jest bardzo wysoka. Zapytaliśmy też o kierunki rozwoju i usłyszeliśmy, że powinniśmy być silniejszym głosem rynku ubezpieczeń i branży, że powinniśmy być bardziej widoczni, poprawić naszą komunikację. Nad tymi obszarami będziemy się pochylać. Uważam też, że powinniśmy postarać się zbudować lepsze relacje w Brukseli, bo stamtąd w tej chwili biorą się wszystkie ważne dla ubezpieczycieli decyzje legislacyjne. Nasz głos także tam powinien być bardziej słyszalny.
Czytaj więcej
Polisy tanieją już ósmy kwartał z rzędu dzięki ostrej konkurencji i nadwyżce kapitału ubezpieczycieli. Eksperci ostrzegają jednak, że seria katastr...
A w jakiej kondycji jest dziś rynek ubezpieczeniowy w Polsce?
Generalnie jest w dobrej kondycji. Spójrzmy na ubiegły rok, który był dla rynku rekordowy. 90 mld zł składki to wzrost o 6 proc. rok do roku. PKB naszego kraju urosło w tym czasie o 3,5 proc., czyli rynek ubezpieczeń rozwijał się prawie dwa razy szybciej. To dobry wynik, podobnie zresztą wyglądały wcześniejsze lata. Nie znaczy to jednak, że nie ma jakichś punktowych problemów.
Porozmawiajmy o nich. Największy problem to…
Sytuacja w segmencie ubezpieczeń komunikacyjnych. Stanowi on blisko połowę rynku ubezpieczeń majątkowych, więc jak tam coś źle się dzieje, to oczywiście odbija się to na kondycji zakładów ubezpieczeń.
A w ubezpieczeniach komunikacyjnych od lat trwa wojna cenowa?
Tak. Jeśli spojrzeć na przykład na ostatnie 15 lat, to może przez pięć czy sześć lat segment OC osiągał dodatni wynik techniczny. Pozostałe lata to okres, gdy notował stratę techniczną. Przez dłuższy czas dla ubezpieczycieli to było jeszcze jakoś do zniesienia, bo kłopoty dotyczyły głównie OC komunikacyjnego, a sytuację ratowało trochę AC. W ostatnim okresie mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której zarówno OC, jak i AC wykazują bardzo słabą rentowność. Wprawdzie w pierwszym kwartale tego roku rentowność AC jest minimalnie na plusie, ale jeśli nie nastąpią tu poważne zmiany, to cały segment ubezpieczeń komunikacyjnych zakończy ten rok ze stratą.
Jakie są przyczyny i skutki tej wojny cenowej?
Ona wynika z bardzo prostej przyczyny, mianowicie, zakłady ubezpieczeń nie podnoszą od jakiegoś czasu składek. W efekcie średnia cena polisy OC cały czas oscyluje w granicach 500-550 zł rocznie, podczas gdy średnia szkoda w branży przez ostatnie 4-5 lat wzrosła o ponad 50 proc., z 8 tys. zł do 12 tys. zł. To dlatego, że naprawy samochodów są coraz bardziej skomplikowane i coraz droższe.
Czytaj więcej
W lipcu na rynek najmu trafiło więcej nowych ofert mieszkań, ale popyt rósł jeszcze szybciej. Oferta lokali mocno się skurczyła – wynika z analiz G...
Rosną też koszty pracy.
Tak. Inflacja szkodowa jest więc bardzo wysoka. Ta sytuacja jest więc nie do utrzymania na dłuższą metę. Niepokoi też regulatora, czyli Komisję Nadzoru Finansowego.
Dotychczasowe interwencje KNF chyba niewiele jednak pomogły?
W latach 2015-16 działania KNF przełożyły się na dość mocne zwyżki cen polis komunikacyjnych. Oczywiście nie jest dobrze, gdy składka dla klienta rośnie na przykład o 50 proc., więc wolelibyśmy uniknąć tej sytuacji. Najzdrowsza jest sytuacja, gdy ceny polis podążają za wzrostem kosztów szkód. Myślę, że to jest do zaakceptowania również dla klientów. Nasz rynek jest jednak bardzo konkurencyjny, wchodzą nań nowi gracze, niektóre zakłady ubezpieczeń, walcząc o klienta oferują niższe ceny. To powoduje, że ten rynek jest rzeczywiście bardzo, bardzo trudny.
Jak dużym problemem jest u nas luka ubezpieczeniowa, niskie nasycenie rynku polisami, niedoubezpieczenie majątkowe i życiowe?
To duży problem. O ile zawirowania w segmencie komunikacyjnym są problemem okresowym, to luka ubezpieczeniowa jest strukturalnym problemem polskiego rynku. Łączna zebrana składka ubezpieczeniowa odpowiada nieco ponad 2 proc. PKB, przy średniej europejskiej na poziomie 7,5 proc. To oznacza, że mamy ok. 1/3 nasycenia europejskiego, podczas gdy poziom PKB per capita czy inne wskaźniki pokazują, że Polska gospodarka jest bliżej 70 proc. średniej unijnej.
Z czego wynikają te różnice?
Powodów jest wiele. To m.in. niższa świadomość ubezpieczeniowa. Polacy ciągle jeszcze nie doceniają wagi ubezpieczeń, nie potrafią oszacować ryzyk. W efekcie wiele majątków w Polsce i wiele osób wciąż jest nieubezpieczonych. Wychodzą tu zaniedbania w edukacji finansowej Polaków, ale jest to też efekt kulturowy, historyczny. W głębokiej komunie byliśmy przyzwyczajeni do tego, że w razie potrzeby, w razie nieszczęścia, wszystko załatwi za nas państwo. To trochę pokutuje do dzisiaj. Cały czas uczymy się dbania o siebie i zrozumienia, że rolą państwa niekoniecznie jest zapewnianie ochrony ubezpieczeniowej swoim obywatelom. Państwo ma dużo poważniejsze problemy. Ma na głowie trudną sytuację geopolityczną, obronność, służbę zdrowia, edukację.
Czyli paradoksalnie to niskie nasycenie rynku polisami jest dla ubezpieczycieli także szansą? Wraz ze wzrostem świadomości Polaków również zapotrzebowanie na polisy będzie rosło?
Tak. To zresztą widać w liczbach, bo jeśli rynek ubezpieczeń rośnie szybciej niż gospodarka, a tak wyglądają ostatnie lata, to oznacza to, że luka się zmniejsza. Tyle tylko, że to będzie bardzo długi proces.
Czy potrzebujemy powszechnego, obowiązkowego ubezpieczenia od skutków zmian klimatu? Widziałem raport, którego autorzy wskazywali powodzie jako poważne zagrożenie dla Europy, południe naszego kontynentu pustoszą pożary.
Słyszałem głosy z rynku ubezpieczeniowego o potrzebie jakiejś formy obowiązkowego ubezpieczenia klimatycznego, ale nie jestem pewien, czy to właściwy kierunek. W Polsce mamy produkty, które chronią przed skutkami katastrof naturalnych. Nie są one obowiązkowe, ale stopniowo sięga po nie coraz więcej osób. Luka dzięki temu nieco się kurczy. Z danych PIU wynika, że ponad 60 proc. domów jednorodzinnych jest ubezpieczonych. Mamy również ubezpieczonych sporo upraw. Polisami objętych jest ok. 4 mln z mniej więcej 10-11 mln hektarów pól uprawnych. To wciąż mało, ale kierunek jest pozytywny. I myślę, że świadomość potrzeby ubezpieczania będzie nadal rosła, bo unaoczniają ją poważne zdarzenia pogodowe, jak powódź na południu Polski w 2024 r.
Czyli obowiązkowa i powszechna polisa klimatyczna nie jest potrzebna?
Generalnie jestem zwolennikiem wolnego rynku i konkurencji. Uważam, że obowiązkowość niekoniecznie nam się przysłuży jako branży.
Kolejny trudny temat to demografia. Polska ma poważny problem ze starzeniem się społeczeństwa. Dla ubezpieczycieli to wyzwanie czy szansa?
Raczej szansa. Problemem przy tym nie będzie sama demografia, co oszczędzanie na emeryturę. Produkty związane z długoterminowym oszczędzaniem wciąż nie są w Polsce popularne. Ten rynek może się jeszcze mocniej rozwijać i możemy tu pozyskać dodatkowych klientów. Jako ubezpieczyciele jesteśmy tu jednak w słabej sytuacji, bo płacimy od swoich aktywów podatek bankowy w wysokości blisko 0,5 proc., bez możliwości jakichkolwiek odliczeń. Banki też są objęte tym podatkiem, ale takie odliczenie mają, chociażby w stosunku do swoich inwestycji w obligacje skarbowe. Z kolei inni gracze w ogóle nie są objęci takim podatkiem. Można więc powiedzieć, że nasz rynek najgorzej traktuje ubezpieczycieli i to jest problem, z którym się mierzymy.
Są jakieś szanse na zmianę tej sytuacji?
Zabiegamy o to od dłuższego czasu. Mamy oczywiście świadomość, że sytuacja finansów publicznych jest trudna, ale nie powinno być tak dużych różnic w traktowaniu dostawców długoterminowego oszczędzania. To nie są łatwe dyskusje.
A ubezpieczenia zdrowotne? Ten rynek rośnie bardzo szybko, bo rośnie zapotrzebowanie Polaków na szybki dostęp do lekarzy, na dobrą opiekę medyczną. To się będzie pogłębiało?
Rzeczywiście, ten rynek szybko rośnie, w tempie dwucyfrowym. To jest wciąż nieduży rynek. Takie klasyczne, prywatne ubezpieczenia zdrowotne to zaledwie dwa i pół mld zł, ale oczywiście mamy również abonamenty, które są kilkukrotnie wyższe i które również pełnią istotną rolę w systemie opieki zdrowotnej. To na pewno jest coś, nad czym warto się pochylić i my jako branża będziemy chcieli ten rynek dalej mocno rozwijać.
Polska jest w trakcie wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Elektrownia jądrowa, wielkie lotnisko centralne, koleje dużych prędkości. Polscy ubezpieczyciele będą w tym uczestniczyć?
Tak. Wszystkie te duże inwestycje będą musiały być ubezpieczone. To oczywiście projekty o bardzo dużej skali, dlatego prawdopodobnie będą angażowały największych graczy. Przygotowują się też do nich reasekuratorzy i myślę, że wspólnymi siłami, dzięki współpracy, w drodze różnego rodzaju konsorcjów większość tego rynku zostanie ubezpieczona przez polskie firmy.
Polska Izba Ubezpieczeń pokazała niedawno raport o oszustwach ubezpieczeniowych.
To jest problem, który narasta. On może nie jest jakiś dramatyczny w tej chwili, ale tak naprawdę nie znamy pełnej skali tego zjawiska. W naszym raporcie pokazane są tylko wykryte próby oszustw. To, co wykryliśmy w ostatnim roku to niemal 800 mln zł, co stanowi około 1 proc. składki albo 1,5 proc. wypłaconych odszkodowań i świadczeń.
Jak ta wykrywalność wygląda na świecie?
Na świecie ta wartość wynosi mniej więcej 2-3 proc. zebranej składki. W Polsce możemy więc jeszcze trochę poprawić wykrywalność. Sięgamy po coraz nowocześniejsze rozwiązania, ale jednocześnie oszustwa przybierają coraz nowsze formy. Oszuści także sięgają po nowe technologie, AI. To nie jest łatwa walka, ale postęp technologiczny z pewnością będzie przez ubezpieczycieli dobrze wykorzystany.
Nowe technologie sprawią, że zapotrzebowanie na pracowników w firmach ubezpieczeniowych będzie mniejsze?
Nie sądzę, że nasza branża będzie jakoś bardziej dotknięta tym problemem niż inne branże. W świecie ubezpieczeń wciąż dużą rolę – chociażby w dystrybucji – odgrywają agenci. AI pewnie trochę wejdzie w tę rolę, ale to będzie powolny proces. Polacy są przyzwyczajeni do kupowania polis w kanale bezpośrednim, w czasie rozmowy z agentem.
Na początku naszej rozmowy pojawił temat Brukseli. To tam powstaje większość regulacji, które dotyczą ubezpieczycieli. Często na nie narzekacie. Jest ich za dużo?
Przez ostatnie 15 lat nasza branża praktycznie cały czas goniła za nowymi regulacjami.
Zabiegaliście o nie czy były wam narzucane?
Ostatnią rzeczą jest zabieganie o regulacje. To UE nakładała na nas różne regulacje. Mieliśmy też do czynienia z regulacjami czy wytycznymi, które rodziły się w Polsce. Połączenie jednego i drugiego spowodowało niesamowity wzrost ciężaru regulacyjnego. Dotyka to zwłaszcza małych podmiotów, które mają problem z dostosowaniem się do tych wszystkich wymogów. Na szczęście zdaje się, że UE w ostatnim czasie zaczyna dostrzegać problem przeregulowania. Jest szansa na zatrzymanie, uproszczenie, a może nawet wycofanie niektórych regulacji. Upatruję tu sporej szansy dla naszej branży i na pewno bardzo chętnie będziemy się w ten proces angażować.