Tylko dobrze by było, żeby narodowe elity – politycy, eksperci, dziennikarze – mieli dystans do tego typu własnych ograniczeń. Opinia publiczna potrzebuje bowiem prawdy – czasem bolesnej – a nie propagandy.
Tak więc Trump – jak przystało na prezydenta imperium, a nie kacyka jakiejś kolonialnej prowincji – kieruje się interesem Ameryki, a nie Polski. Pod tym względem nie różni się od Baracka Obamy, obydwu George'ów Bushów (juniora i seniora), Billa Clintona, Ronalda Reagana itd.
W tym kontekście przypominam sobie moją rozmowę, którą sześć lat temu przeprowadziłem z Ewą Thompson. Mieszkająca od półwiecza w USA polska slawistka podobnie – bez złudzeń – ujęła kwestię stosunku amerykańskich przywódców do Polski. Ale też wskazała pewien wyjątek – to Thomas Woodrow Wilson.
Ten reprezentujący Partię Demokratyczną prezydent, sprawujący swój urząd w okresie pierwszej wojny światowej, rzeczywiście przejął się niedolą ludów europejskich pozbawionych własnych państw, więc szczerze zaangażował się między innymi w przywrócenie Polsce niepodległego państwa. Co skądinąd przeczy zabobonom nadwiślańskiej prawicy, której ulubionym amerykańskim przywódcą pozostaje Reagan, i która lansuje bałamutny, nieprawdziwy pogląd, że to republikanie byli zawsze bardziej propolscy niż demokraci.
Nic nie zapowiada tego, że Trump może być drugim Wilsonem. Ale to nie oznacza, że nowo zaprzysiężony gospodarz Białego Domu będzie prowadzić politykę niekorzystną dla Polski.