Tato! Udało mi się skończyć tę sprawę, z którą się męczyłeś dwadzieścia lat! Głupcze! Ja z tej sprawy zbudowałem dom, kupiłem trzy samochody, a ty ją skończyłeś na pierwszej rozprawie! – głosi stary adwokacki dowcip. Jak podpowiada doświadczenie życiowe, nie jest on daleki od prawdy i choć pierwotnie odnosił się raczej do sposobu procedowania przed sądem, dziś oddaje realia sporu, który za sprawą mediacji kończy się, zanim postępowanie nabierze rumieńców. Adwokaci i radcy prawni bowiem do mediacji zdają się odnosić z nieufnością, często kwestionując jej zasadność i wyrażając przekonanie, że strony z pewnością nie dojdą do porozumienia (skoro sprawa jest już w sądzie). W toku mediacji zaś po wielokroć z mniejszym lub większym skrępowaniem sabotują możliwość porozumienia się stron, mylą gabinet mediatora z sądową salą, a wspieranie klienta z oratorskim popisem erudycji, przekrzykując się, przerywając, a nawet pozwalając sobie na nie zawsze zrozumiałe wycieczki osobiste.
Za dużo gadałam, za mało wiedziałam
Oceniając sytuację z perspektywy osoby, która praktykuje zarówno w charakterze pełnomocnika, jak i mediatora, mogę zaryzykować stwierdzenie, że bodaj nic nie jest w stanie pogłębić sporu między stronami tak perfekcyjnie jak pełnomocnik, a sposobów po temu jest wiele. To bowiem w toku mediacji, w których brałam udział jako pełnomocnik, już dwukrotnie (ten sam) adwokat sugerował, że mąż jego mocodawczyni prawdopodobnie z mojego powodu zdecydował się na rozwód (uściślę, że chodziło o różnych mężów i żony), radca prawny zwrócił się do mojej klientki słowami „niech pani zamknie mordę”, a ponadto kwestionowano częstotliwość wypowiadania przeze mnie słów (za dużo) i wyrażano wątpliwość, czy dysponuję życiową wiedzą pozwalającą ocenić koszty utrzymania dziecka. To w toku posiedzeń, które prowadziłam jako mediator, adwokaci pojawiali się nagle, żądając dopuszczenia do udziału w spotkaniu pomimo wcześniejszych ustaleń, iż strony mediują bez pełnomocników, albo też całymi tygodniami odmawiali przekazania mi numeru do klienta, uniemożliwiając mu wzięcie udziału w mediacji, na którą ci uprzednio wyrazili zgodę.
Czytaj więcej
Czy adwokaci muszą pracować, aby władze palestry miały godne życie?
Przynajmniej nie przeszkadzają
O ile oparta na dobrowolności, tajemnicy i ekonomii postępowania filozofia mediacji nie przekona każdego, o tyle liczby nie pozostawiają złudzeń. Mediacja jest dla podsądnych realną szansą na zamknięcie sporu w satysfakcjonujący obie strony i wypracowany wspólnie sposób bez wzajemnego posuwania się w latach, dla sądu zaś stanowi przyjemną drogę do niezagrożonego zaskarżeniem zamknięcia kolejnej sprawy na wokandzie.
Zainteresowanie mediacją w ciągu dekady niewątpliwie wzrosło. Sądy nie tylko kierują na nią coraz chętniej, ale także organizują specjalne spotkania informacyjne mające udziałem w mediacji zainteresować strony, które z kolei nie oponują. W zależności od preferowanego przez mediatora stylu pracy, niektórzy z nich przynajmniej nie przeszkadzają stronom w wypracowaniu porozumienia, inni zaś aktywnie w tym procesie pomagają. Dowodem tego stanu rzeczy są statystyki: choć liczba spraw wpływających do sądów, w których mediacja może być zastosowana, w latach 2014 – 2019 pozostawała na zbliżonym poziomie – około 2500 tys. spraw, w 2021 r. wyniosła aż 2078 tys. spraw, czyli o 5,7 proc. więcej w stosunku do 2020 r., zaś w 2021 r. w stosunku do 2013 r. ta liczba zwiększyła się niemal dwuipółkrotnie – z 13 370 do 32 580 spraw. Co nadto istotne, wskaźnik skuteczności mediacji osiągnął w 2021 r. poziom 28,4 proc., a liczba ugód zawieranych w sprawach cywilnych w 2021 r. wzrosła ponad czterokrotnie w odniesieniu do 2013 r. ( w 2013 r. 663; w 2021 r. – 2862), a w stosunku do 2020 r. wzrost wyniósł 12,9 proc.