Stany Zjednoczone, wbrew prognozom Roberta Kagana, zawartym w słynnym eseju „Potęga i raj" (2003), „europeizują" swoją politykę zagraniczną. Wolą bowiem upowszechniać swoje reguły i prawa, aniżeli stosować siłę militarną. W takim postępowaniu upatrują szansę na utrzymanie globalnego przywództwa. Bardziej umiarkowana i powściągliwa polityka mocarstwa, od którego zależą nasze gwarancje bezpieczeństwa, będzie jednym z podstawowych wyzwań, z którym polskiej dyplomacji przyjdzie się zmierzyć w najbliższych latach.
Hegemonia czy współpraca?
Państwa, które nazywamy wielkimi potęgami, ponoszą szczególną odpowiedzialność za globalny porządek, ponieważ dysponują odpowiednią siłą, dzięki której można go utrzymać lub zaprowadzić.
USA pozostały jedynym supermocarstwem po zakończeniu zimnej wojny. Dzięki, jak to ujął amerykański politolog Joseph Nye jr, umiejętnemu połączeniu twardej (hard) i miękkiej (soft) potęgi (power) w potęgę inteligentną (smart power) wypełniają rolę światowego lidera. Amerykańskie elity od przeszło dwóch dekad spierają się o optymalną strategię przywództwa, co doprowadziło do powstania dwóch biegunowo różnych szkół strategicznych.
Unilateraliści, czyli zwolennicy działania jednostronnego, uwierzyli, że Ameryka ma wystarczające siły, by niczym hegemon samodzielnie działać na arenie międzynarodowej. Świat, w ich mniemaniu, winien się organizować wokół jedynego bieguna – Waszyngtonu. Za najskuteczniejszy instrument hegemonii uznali siły zbrojne. Doktrynę unilateralnego przywództwa propagowali od początku lat 90. XX wieku tzw. neokonserwatyści – m.in. Irving Kristol i jego syn William, Charles Krauthammer czy wspomniany Robert Kagan.
Po przeciwnej stronie znaleźli się multilateraliści, przekonani, że Stany Zjednoczone muszą oprzeć swoje przywództwo na współpracy z innymi mocarstwami, ponieważ hegemonia jest poza zasięgiem ich możliwości. W ich rozumieniu porządek globalny będzie skutkiem równoważenia się wielu biegunów siły. USA nie mogą być więc jedynym światowym decydentem, ale „pierwszym wśród nierównych".
Multilateraliści zdominowali myślenie o polityce zagranicznej Waszyngtonu, tworząc intelektualno-polityczny mainstream. Do tej grupy można zaliczyć bowiem Henry'ego Kissingera, Zbigniewa Brzezińskiego, Josepha Nye'a jr. czy Richarda Haassa. Jednakże to unilateralistom udało się zdobyć, nieproporcjonalne do ich intelektualnej rangi, wpływy w mediach i administracji w pierwszej dekadzie XXI wieku. Szczytowym momentem ich oddziaływania był okres administracji George'a W. Busha i globalna wojna z terroryzmem rozpoczęta po ataku na WTC w 2001 r.
Ten, jak go nazwał Krauthammer, jednobiegunowy moment w polityce Waszyngtonu trwał krótko. Skończył się wraz z atakiem Rosji na Gruzję w sierpniu 2008 r. Amerykanie opuścili wtedy swojego gruzińskiego sprzymierzeńca i odpowiedzialność za rozmowy pokojowe zrzucili na mocarstwa zachodnioeuropejskie, w których imieniu prezydent Francji Nicolas Sarkozy wynegocjował pokój z Moskwą.